google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

ZRYTA KLASYKA | Dlaczego THE OFFICE to jeden z najlepszych seriali w historii?

ZRYTA KLASYKA | Dlaczego THE OFFICE to jeden z najlepszych seriali w historii?
Reklamy

The Office, znane u nas jako Biuro, to serial kultowy, którego amerykański, znacznie popularniejszy odpowiednik wywodzi się z brytyjskiego, króciutkiego oryginału autorstwa Ricky’ego Gervaisa i Stephena Merchanta. Oryginał powstał w 2001 roku i liczył sobie jedynie dwa sezony, amerykański „remake” z 2005 przyjął się na tyle dobrze, że dorobił się 9 sezonów i całkiem pokaźnych roszad personalnych w trakcie trwania fabuły. Rzecz to jednak zupełnie innego kalibru, niż Przyjaciele, Jak poznałem waszą matkę czy Teoria wielkiego podrywu. Paradoksalnie The Office najbliżej jest do Chłopaków z baraków przez mockumentarny format, galerię momentami bardzo absurdalnych w swej złożoności postaci i konsekwentnie rozwijaną fabułę. To jednak tylko pewien trop i bardzo luźne porównanie, bowiem serialu choćby odrobinę zbliżonego do The Office nie ma ani jednego, powykręcane Parks and Recreation, to jednak nieco inna para kaloszy.

Mam nieodparte wrażenie, że od Biura bardzo łatwo jest się odbić widzom młodym. Friendsów, TBBT, czy HIMYM kupiło nastolatków przyjazną aparycją bohaterów oraz ich wzajemnymi, nomen omen przyjacielskimi relacjami. Eksploatowanie do cna pewnych konkretnych cech bohaterów takich jak pewność siebie Barney’a Stinsona, czy nerdowatość Sheldona Coopera zapewniała stałą publikę przez lata do samego finału serialu. Z The Office sprawa ma się nieco inaczej, bowiem tytułowe biuro tętni własnym życiem w wielu kierunkach naraz a „niepoprawny politycznie” humor dla wielu mógł być ciężki do strawienia. Urywki życia bohaterów rejestrowane przez ekipę filmową mają być dla widzów jak najbardziej wiarygodne, jak najbardziej życiowe i prawdziwe. I takie też w istocie są, gdyż nie usłyszycie tu śmiechu z puszki w tle, a wiele sytuacji jest tak wspaniale żenujących, że aż chce się odwrócić wzrok. Początki serialu nawet nie były jakoś szczególnie zajmujące. Ot, ukazano nam przeciętnych pracowników przeciętnego zakładu sprzedającego papier, których szef, Michael Scott (wart każdej nagrody Steve Carell) jest wyjątkowo irytujących fiutem, nieumiejącym zarządzać roszczeniowym błaznem, przypisującym wszystkie swoje porażki życiowe każdemu wokół. Nie brzmi to jak serial, którym mogłaby się podjarać osoba młoda, raczej zerkająca w stronę wystaw sklepowych z nową kolekcją Friends czy Stranger Things, czyż nie? Nic bardziej mylnego.

Jak już wspomniałem The Office nie zachwyciło mnie od pierwszego docinka, ba pierwszy sezon był jeszcze niezbyt zabawnym wprowadzeniem w biurową rzeczywistość, która tylko z pozoru wydaje się monotonna. Im bardziej zagłębiamy się w prywatne życie bohaterów, im częściej zostają podejmowane kontrowersyjne, acz wciąż aktualne tematy tym większych rumieńców serial nabiera. Konflikty między pracownikami o najmniejszą pierdołę potrafią urosnąć do miana „tematu odcinka” w kilka minut. Kiedy fabularnie nie jest zbyt emocjonująco, serial broni się intensywnymi dialogami i charakterami postaci, a te z sezonu na sezon ewoluują w zaskakujących kierunkach. Nie mogę Wam tu sprzedać zbyt wielu spojlerów, lecz zapewniam, że część irytujących, dziwnie zachowujących się bohaterów szybko może stać się Waszymi faworytami. Mockumentarna formuła serialu uwiarygodnia egzystencję pracowników odgrywanych przez rewelacyjnych aktorów takich jak John Krasinski (Ciche miejsce, Jack Ryan), Rainn Wilson (Sześć stóp pod ziemią, Dom 1000 trupów) czy Ed Helms (Kac Vegas, Millerowie). Fani ekranowych miłostek będą mieli w czym przebierać i komu kibicować bowiem Biuro w dużej mierze to produkcja romantyczna, daleka jednak od tandeciarstwa tłoczonych taśmowo produkcji z niemal identycznymi plakatami, o scenariuszach nie wspominając. To nieprzewidywalny emocjonalny rollercoaster, który potrafi zaskoczyć w przeciągu kilku odcinków i wywrócić do góry nogami życie czasem wszystkich pracowników naraz.

Niezainteresowani romantycznym aspektem serialu dalej śmiało mogą po niego sięgnąć, bowiem poza miłosnymi uniesieniami dzieje się tam mnóstwo absurdalnych, rozkładających na łopatki sytuacji. Grany przez Wilsona Dwight Schrute to niesamowicie barwna postać, która uzupełnia się z Michaelem Scottem, konkuruje z Jimem Halpertem (Krasinski) i udaje, że nie przyjaźni się z Pam Beesly (przeurocza Jenna Fisher). Jest przy tym inicjatorem najniebezpieczniejszych, najbardziej ryzykownych bądź wykraczających poza „chłopski rozum” akcji, które często kończą się spektakularnym niepowodzeniem. To gość, którego, podobnie jak Michaela, często się nie trawi, ale ostatecznie bardzo się lubi, szczególnie gdy uda się wyłapać typowo ludzkie, niewyrachowane i niepragmatyczne odruchy. Andy Bernard (Helms) z nieśmiesznego śmieszka, ale też i biurowego popychadła staje się jedną z najcieplejszych, najmilszych i bezinteresownych osób w biurze. Bardzo często ten serial na swoich barkach noszą postacie drugoplanowe, które są szalenie barwne, a przy tym niewiele o nich wiadomo. Gburowaty Stanley, neurotyczny Toby, uzależniona od alkoholu i seksu Meredith, twardo stąpający po ziemi Oscar, głupkowaty acz pocieszny Kevin, nerwowa, pedantyczna Angela, roztrzepana Kelly, dobroduszna Phyllis, infantylna Erin i przede wszystkim zupełnie nieobliczalny „człowiek bez przeszłości” – Creed Bratton (którego gra… Creed Bratton) ubarwiają serial do granic możliwości. Dzięki temu, że dostajemy o nich dość szczątkowe informacje i praktycznie nigdy nie zaglądamy do ich domostw łatwiej sobie pewne rzeczy dopowiedzieć, wyobrazić i przyjąć za prawdziwe. Z galerią drugoplanowych osobników bardzo łatwo sympatyzować, szybko wyklarowało mi się kogo lubię najbardziej (Kevin, Kelly, Erin i oczywiście Creed, Creed, Creed!!!). Natomiast najmniej sympatyczni pracownicy biura tacy jak Ryan czy Gabe także czasem potrafią zabłysnąć, więc ostatecznie nawet nie jestem w stanie stwierdzić bym kogoś tam naprawdę nie lubił.

The Office ma to do siebie, że najciekawsze akcje, plot twisty i emocjonalne rozterki umieszcza w odcinkach świątecznych, czy to halloweenowych, czy bożonarodzeniowych i oczywiście walentynkowych. A kiedy fabuła wykracza poza zwykłe biurowe posiadówki i przenosi nas na wycieczki, barowe wypady, na farmę Dwighta czy do czyjegoś mieszkania to wtedy nie ma co zbierać. Sytuacji, które wypada wręcz określić mianem cringe’owych, wstydliwych, wprawiających w zakłopotanie i dyskomfort jest od groma, zapewniam, że i mnie i Was z pewnością takie niewygodne momenty w życiu spotkały. I z takich niekomfortowych, dziwacznych, irracjonalnych sytuacji rodzi się kolejna pomnikowa, acz nieintencjonalna cecha serialu, a mianowicie jego memiczność. Jako aktywny użytkownik aplikacji TV Time z radością czytam komentarze, które „demaskują” pochodzenie kultowych już memów z Michaelem, Jimem, Pam czy Dwightem w rolach głównych. „It’s Britney bitch, „No God, please, noooooooooooo”, „Parkour!” „They’re the same picture”, „That’s what she said” to już klasyki nad klasykami. Miny naszych milusińskich wyrażają często więcej niż tysiąc słów tak więc bierzcie i memujcie z tego wszyscy.

Być może napisałem niewiele o samej fabule, lecz ona zmienia się wraz z bohaterami, a omawianie tych zmian byłoby spojlerowaniem. Nie wykluczam powstania tekstu spojlerowego, rankingu ulubionych bohaterów, bądź zbioru najlepszych cytatów. Chciałem się w Wami po prostu podzielić swoją miłością do tego serialu, który w naszym kraju jest stanowczo za mało rozpoznawalny. Jesień przyszła, pogoda się na dniach popsuje i z pewnością będziecie poszukiwać czegoś co umili Wam siedzenie pod kocykiem z kubkiem kakao w łapkach. The Office jest idealne, a do tego dostępne na Amazon Prime Video z napisami. Jeśli w tym roku możemy się przyczynić do czegoś dobrego to niech to będzie popularyzacja właśnie tego rozgrzewającego serducho serialu. Kłaniam się nisko i do następnego!

Stanley

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: