google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

EGZOTYCZNE ZBYT MOCNO | Przewodnik po kinie koreańskim dla początkujących.

EGZOTYCZNE ZBYT MOCNO | Przewodnik po kinie koreańskim dla początkujących.
Reklamy

Triumfalne zwycięstwo Parasite na tegorocznych Oscarach, w kluczowych dla tej gali kategoriach, otworzyło widzom oczy na kino koreańskie także w naszym kraju. Po pandemicznej przerwie wręcz wypada nam wrócić do przybliżania Wam kinematograficznych perełek, jakie na przestrzeni lat powstały w tym niewielkim, acz legitymującym się coraz rozpoznawalnymi nazwiskami reżyserów kraju. W tym zestawieniu postanowiłem odnieść się także do samego (nie boję się użyć tego określenia) megahitu za którym stoi reżyser Joon-ho Bong, bowiem pewien punkt wyjścia w moich rozważaniach po prostu być musi. Zróbcie więc sobie herbatkę, rozsiądźcie się wygodnie i przenieście się wraz ze mną do krainy gatunkowych misz-maszy. Kino koreańskie jest bowiem wybitnie nieoczywiste, a jego czołowi twórcy chętnie sięgają po nieprzystające do siebie gatunki, bawiąc się oklepanymi kliszami i tworząc z nich osobliwe i unikalne fabularne układanki. A naszą podróż zaczniemy od wspomnianego na wstępie, pozornie niepozornego filmu o dwóch skrajnie różniących się rodzinach.

Kadr z filmu Parasite, 2019, reż. Joon-ho Bong

PARASITE (2019, reż. Joon-ho Bong). Muszę przyznać, że należę do tych osobników, którzy o tym filmie nawijają właściwie na każdej domówce, często wręcz nagle, po prostu przypominając sobie (i przy okazji trąbiąc o tym innym) jak świetnie bawiłem się na seansach kinowych tego dzieła (a byłem na nim w kinie dwukrotnie). Póki nie rozpoczął się sezon przyznawania nagród nic nie zapowiadało TAKIEGO zainteresowania skromnym formalnie dramatem/thrillerem koreańskiego reżysera. Jego nazwisko mogło się obić o uszy fanom zarówno rasowych thrillerów kryminalnych (Zagadka zbrodni, Matka), fanom s-f i post-apo (Okja, Snowpiercer: Arka przyszłości) jak i horrorów… o potworach (The Host). Bong nie trzymał się nigdy kurczowo jednego gatunku, był zapatrzony w Tarantino i z pewnością stojąc na oscarowej scenie nie dowierzał, że „pokonał” swojego mistrza. Parasite będąc dość gorzkim dramatem obyczajowym wpada, często dość niespodziewanie w komediowe tony, by w finale zaskoczyć woltą rodem z najlepszych zakończeń produkcji maestro Quentina. Biedna, acz sprytna rodzinka tytułowych pasożytów społecznych, stopniowo wkrada się w łaski nowobogackich ignorantów, zachłystując się przepychem panującym w domu pracodawców. Naszpikowany symboliką i foreshadowingiem film szybko nabiera tempa i wygrywa już w środkowym akcie sceną z brzoskwinią, dla mnie osobiście bardziej sugestywną niż w Call Me By Your Name. Aktorski kolektyw z Kang-ho Songiem i So-dam Park (którą zwę pieszczotliwie So-dam Hot) na czele jest nie do podrobienia, a cała historia mimo swojej szalonej, slapstickowej formy, ma cholernie uniwersalny i mocno przygnębiający przekaz. Dopiero kiedy człowiek nieco ochłonie i przyswoi o czym film oglądał, to uśmiech spełza z twarzy, a z fabuły zaczyna wyzierać przypowieść o kastowych podziałach i pogardzie, która rodzi się po obu stronach wyimaginowanej barykady. Co prawda dość dobrze obeznani z koreańskim kinem widzowie mogą uznać Parasite za film przehajpowany i operujący znanymi dla nich kliszami, ale cytując Misję Kleopatra „na niewtajemniczonych robi to spore wrażenie”.

Kadr z filmu Oldboy, 2003, reż. Chan-wook Park

OLDBOY (2003, reż. Chan-wook Park). Jest to najpewniej drugi najbardziej rozpoznawalny film koreański w naszym kraju. Było o nim głośno bowiem polski dystrybutor promując go, posiłkował się hasłem, które sugerowało, że jest to bardziej tarantinowski film od samych produkcji Tarantino. I rzeczywiście, coś jest na rzeczy, środkowy segment trylogii zemsty (na którą składają się wcześniejszy Pan Zemsta i późniejsza Pani Zemsta, równie rewelacyjne produkcje) ma w sobie porażającą moc krwawych produkcji zapatrzonego w celuloidowy kamp samouka. Oldboy to film brudny, momentami schizofreniczny, ale też przerysowany, „komiksowy”, w pewien sposób budzący uśmiech w momentach, w których go budzić nie powinie. Min-sik Choi gra w nim mężczyznę, który po piętnastu latach izolacji wydostaje się na wolność, z miejsca zyskując pięć dni na dokonanie krwawej zemsty na swoich oprawcach. Jak zapewne się domyślacie poszukiwanie powodów, za które został zniewolony będzie okraszone krwawymi scenami posypanymi wyjątkowo czarnym humorem. Jedną z najbardziej charakterystycznych scen jest tutaj konsumpcja ośmiornicy, tę sekwencję powtarzano na planie wielokrotnie by była dla reżysera idealna. Cierpienie wypisane na twarzy Dae-su Oh jest więc momentami zapisem realnych katorg, a plot twisty wywracające fabułę niejednego zaprawionego w boju widza zaskoczą. Pochwalić wypada mi również Ji-tae Yu w roli przeciwnika głównego bohatera, grana przez niego postać ma bardzo ciekawe i niejednoznaczne backstory i to się bardzo w tym filmie chwali. Znacie na pewno produkcje, w których nikt nie jest bez winy, a główny bohater wcale nie jest takim protagonistą za jakiego chcielibyśmy go uważać, po prostu jesteśmy na niego skazani, bowiem z jego perspektywy jest opowiedziana historia. Szkoda, że Spike Lee reżyser zdolny i wnikliwy w swych społecznych obserwacjach, zupełnie pogrzebał w remake’u z podtytułem Zemsta jest cierpliwa to co dla koreańskiego oryginału jest esencjonalne: wyparował klimat, bohaterowie zostali spłaszczeni, a fabuła zamerykanizowana. Chwali się natomiast, że film został zauważony na tyle, że w ogóle podjęto się jego reinterpretacji. Co prawda bardzo ona nie wyszła, ale pomogła w zapoznaniu się z oryginałem tym, którzy chcieli sobie produkcje porównać. To kolejna żelazna klasyka koreańskiego kina, którą wypada znać, nawet jeśli się za kinem zemsty nie przepada. Jest to rzecz tak bardzo samoistna i samoświadoma, że śmiało można ją uznać za wiekową klasykę i jeden z pierwszych sygnałów, że w przyszłości koreańskie kino przestanie być tylko egzotyczną ciekawostką dla garstki zapaleńców.

Kadr z filmu Zombie ekspress, 2016, reż. Sang-ho Yeon

ZOMBIE EKSPRESS (2016, reż. Sang-ho Yeon). Bardziej sensownym tytułem w przypadku tego popularnego horroru jest jednak Train to Busan. Zombie same w sobie są tutaj figurą retoryczną, pewnym symbolem, popychającym bohaterów do bardzo egoistycznych lub heroicznych decyzji. Ten trwający blisko dwie godziny post-apo film rozgrywa się w dużej mierze w pociągu, ogrywając motyw klaustrofobicznego, rozpędzonego kina akcji z całkiem nieźle wybrzmiewającym komentarzem społecznym. O tym co właściwie się wydarzyło, że na ulicach zaczęli szaleć rządni mordu nieumarli wiemy niewiele, fabuła skupia się na garstce pasażerów walczących o życie w jadącym do tytułowego Busan pociągu. Szybko okazuje się, że nie ma szans na współpracę między nieufającymi sobie ludźmi, którzy podejrzliwie patrzą zarówno na tych lepiej usytuowanych, jak i tych groszem nie śmierdzących. Film ma więc poza walorami rozrywkowymi do przekazania przynajmniej szczątkowy komentarz społeczny, wyłamuje się tym samym z horrorowych klisz nie stawiając na bezmyślną sieczkę, lub proste kopiowanie klasycznych patentów. I mimo, że zdarzają się tu także i solidnie przegadane sceny, to są one jedynie oddechem przed kolejną hordą szybko przemieszczających się potworów. Druga część zatytułowana Peninsula zawiodła widzów i krytyków, okazując się dość niestrawnym skokiem na kasę, sprawdźcie więc animowaną Stację Seul uzupełniającą treść oryginału. A jeśli Wam mało koreańskich zombie to koniecznie sprawdźcie dwa sezony rozgrywającego się w zamierzchłych czasach netflixowego serialu Kingdom. Zombiaki są szybkie, intryga złożona, a wizualnie produkcja błyszczy i błyskawicznie wciąga.

Kadr z filmu Lament, 2016, reż. Hong-jin Na

LAMENT (2016, reż. Hong-jin Na). Ten trwający ponad dwie i pół godziny horror/thriller/dramat jest co prawda koprodukcją ze Stanami Zjednoczonymi, ale zhamerykanizowana tu nie uświadczycie. Poza fincherowskim, mrocznym, ociężałym klimatem mamy tu ponownie misz-masz gatunkowy, bowiem nie brakuje w kilku scenach specyficznego humoru. Głównym bohaterem jest bowiem dość fajtłapowaty policjant, o raczej średnio intrygującej aparycji, lecz o poczciwym charakterze i dobrym sercu. Kiedy w małej wiosce dochodzi do przerażających i gwałtownych aktów przemocy, a jedynym sensownym wytłumaczeniem wydaje się udział sił nadprzyrodzonych Jong-goo (Do-Won Kwak) musi zweryfikować swoje dotychczasowe, zdroworozsądkowe podejście do świata. Ostrze satyry jest tutaj wymierzone nie tylko w ciapowatych stróżów prawa, ale też w uprzedzenia względem obcych, w tych wszystkich twardogłowych ateistów, ale też, co bardzo istotne w hochsztaplerów parających się byciem pogromcami demonów. Lament mimo swojej metrycznej długości broni się myleniem tropów, zwodzeniem widza za nos, przewrotnym finałem i hitchcockowskim wręcz suspensem szczególnie w ostatnim akcie. Kiedy wydaje nam się, że już wszystkie elementy układanki są na swoim miejscu okazuje się, że kiedy przyjrzymy im się bliżej zostaliśmy wyrolowani w błyskotliwy sposób. Jest więc vibe noirowego kryminału w duchu Siedem, jest terror rodem z Egzorcysty, jest poczucie izolacji i nerwowy śmiech kiedy bohaterowie potykają się o własne nogi uciekając przed opętanymi… ludźmi? Motyw powielanie miejskich legend jest tutaj doprowadzony do perfekcji i sprawia, że większość creepy past jest po prostu śmieszna. Ach, jeśli irytuje Was kiedy w filmach się dużo krzyczy, to ostrzegam, ten film jest głośny, rozdzierający i nomen omen wypełniony po brzegi tytułowym lamentem.

Kadr z filmu Opowieść o dwóch siostrach, 2003, reż. Jee-woon Kim

OPOWIEŚĆ O DWÓCH SIOSTRACH (2003, reż. Jee-woon Kim). Lubicie baśnie braci Grimm? O ile mieliście styczność z ich oryginalnymi, nie ugrzecznionymi wersjami to zapewne wiecie, że zdarzały się w nich mrożące krew w żyłach dramatyczne sytuacje. W klimacie takich niepokojących, disturbing stories, jest właśnie film o wiele mówiącym tytule. Siostry powracają do domu po pobycie w ośrodku dla psychicznie chorych, a ich perypetie zakorzenione są w starej koreańskiej legendzie. Ich matka popełnia samobójstwo, a „opiekuje się” nimi okrutna macocha, ojciec jest pantoflarzem i najogólniej rzecz ujmując to nie jest normalna rodzina. Nic dziwnego, że w domostwie zaczynają się dziać rzeczy rodem z horroru, wątek sił nadprzyrodzony idzie więc pod rękę z pełnokrwistym dramatem. Film odbił się echem na tyle głośnym, że w 2009 w Stanach na ekranach kin zagościł remake pod tytułem Nieproszeni goście. Warto odnotować, że poprzednie inkarnacje tej historii miały swoje miejsce w 1956, 1962 i 1972 roku. Ta jednak jawi się jako najbardziej interesująca, najbardziej dopracowana i po prostu na swój koreański sposób przerażająca. Jeśli lubicie kino estetyczne, z pięknymi aktorami, a niemalże dwugodzinny metraż Was nie odstrasza, to serdecznie polecam się zapoznać. A remake choć oczywiście nawet nie depczący oryginałowi po piętach także bez zażenowania można sobie obejrzeć.

Kadr z filmu Płomienie, 2018, reż. Chang-dong Lee

PŁOMIENIE (2018, reż. Chang-dong Lee). Ten film wywołał mieszane odczucia wśród widzów i krytyków, bowiem według kilku źródeł jest kategoryzowany jako thriller, acz zupełnie jest elementów tego gatunku pozbawiony, przynajmniej na ekranie. Ten trwając przez dwie i pół godziny opiera się na domysłach, jest idealny pod dyskusje o graniu na nerwach odbiorców. A do tego stoi Stevenem Yeunem, gwiazdą The Walking Dead, który świetnie ogrywa postać pewnego siebie faceta, przed którym otworem stoi świat, a kobiety nie potrafią się mu oprzeć. Mężczyzna pojawia się nagle i staje na drodze do szczęścia innemu młodzieńcowi (Ah In Yoo), który wzdycha do pewnej atrakcyjnej, acz niepotrafiącej się uczuciowo określić dziewczyny (Jong-seo Jun). Relacja całej trójki przypomina dość toksyczny trójkąt, do czasu kiedy młoda kobieta w niewyjaśnionych okolicznościach znika. Zrozpaczony Jong-soo Lee zaczyna podejrzewać Bena o morderstwo Hae-mi Shin, ale w tym filmie nic nie jest jednoznaczne. Film jest naszpikowany foreshadowingiem, metaforami z którymi widz inny niż koreański może mieć problemy z ich zrozumieniem i interpretacją. Jest to zdecydowanie kino z rodzaju slow, tak więc poszukiwacze dreszczyku (który oczywiście nadchodzi, ale niezbyt prędko) mogą się od tej produkcji po prostu odbić. Miałem to szczęście, że film widziałem w kinie, w skromnym, studyjnym otoczeniu i dzięki temu udało mi się w niego wkręcić, złapać jego niespieszne flow. Bardzo istotny jest w przypadku tego dzieła materiał wyjściowy, opowiadanie Haruki Murakamiego pod tytułem Spalenie stodoły. Ogień jest zresztą tutaj najważniejszym symbolem i warto podczas seansu wyłapywać wszystko co z nim związane.

Kadr z filmu Jestem cyborgiem i to jest ok, 2006, reż. Chan-wook Park

JESTEM CYBORGIEM I TO JEST OK (2006, reż. Chan-wook Park). Po wycieńczającej psychicznie trylogii zemsty koreański Tarantino sięgnął po zupełnie inny gatunek filmowy, a mianowicie komedię z odchyłami w stronę romantyczną i dramatyczną. Kolorystycznie i stylistycznie zajeżdża tutaj delikatnie nieco twórczością Wesa Andersona czy Michela Gondry’ego i Charliego Kaufmana. Natomiast fabułę polecam wszystkim, którzy uwielbiają filmy dziejące się w zakładach dla obłąkanych. Nie brak też swoistego mrugania do fanów science-fiction, bowiem główna bohaterka ubzdurała sobie, że jest cyborgiem i odmawia robienia typowo ludzkich czynności, na przykład jedzenia. W zakładzie poznaje mężczyznę, który „wpada w nią po uszy” i postanawia pomóc w wyleczeniu. Jest tu sporo groteskowego, dziwacznego, acz ciepłego humoru, warto dodać, że wzdychający do dziewczyny młodzieniec uważa, że potrafi… wykradać ludzkie dusze. To zdecydowanie najlżejszy i fabularnie raczej najmniej skomplikowany ze wszystkich prezentowanych tu filmów. No ale skoro pozostałe moje propozycje przejeżdżają po widzu niczym walec, to może warto by wśród nich znalazła się też rzecz przyjemniejsza w odbiorze.

Kadr z filmu Wiosna, lato, jesień, zima i… wiosna, 2003, reż. Ki-duk Kim

WIOSNA, LATO, JESIEŃ, ZIMA I… WIOSNA (2003, reż. Ki-duk Kim). Pozostańmy na chwilę w spokojniejszym, medytacyjnym klimacie, w którym specjalizuje się Ki-duk Kim (Pusty dom, Strażnik wybrzeża, Pieta). Ten bardzo wyciszony, dramat (kooperacja z Niemcami) opowiada o rytuałach jakich w swoim życiu dokonują buddyjscy mnisi. Postacie są bezimienne, a sam reżyser także wciela się w jednego z poszukujących ukojenia mnichów. To film, który w piękny sposób ujmuje naturę i pokazuje jak powinna ona wpływać na człowieka, jak powinniśmy z niej czerpać i uczyć się od niej. By uchwycić te przepiękne widoki na taśmie na wieczność twórcy musieli się nieźle nagimnastykować, negocjowali z przedstawicielami Ministerstwa Środowiska przez sześć miesięcy. Jeśli macie poczucie, że w waszym życiu brakuje takiego mistycznego elementu i chcielibyście się skonfrontować z naukami buddyzmu to ten film może być dla Was nie lada przeżyciem.

Kadr z filmu Ujrzałem diabła, 2010, reż. Jee-woon Kim

UJRZAŁEM DIABŁA (2010, reż. Jee-woon Kim). Min-sik Choi swoją kreacją w Oldboyu przyzwyczaił widzów do grania postaci szalonych i takowy wizerunek przylgnął do niego ponownie przy okazji roli w tym ciężkim jak nomen omen diabli thrillerze/kryminale. Główny bohater pragnie zemsty na mordercy swojej narzeczonej. Najmroczniejsze w tym filmie nie są akty samej, hiperrealistycznej przemocy, a tytułowy diabeł – człowiek, który odbiera życie innym ludziom dla czystej przyjemności. Zapewne zastanawialiście się nieraz czy ludzie rodzą się źli, czy zło rodzi się w nich. Film reżysera Opowieści o dwóch siostrach zdaje się nie pozostawiać nam złudnych nadziei, dodatkowo staczając też protagonistę, który pragnie torturować oprawcę ukochanej do skutku. Zdecydowanie jest to seans dla tych, którzy lubią kino bezkompromisowe, mają twarde tyłki i mocne żołądki. Osobom delikatnym i wrażliwym zdecydowanie odradzam, a osobom ze skłonnościami do depresji i autodestrukcji to już w ogóle nie polecam.

Kadr z filmu Służąca, 2016, reż. Chan-wook Park

SŁUŻĄCA (2016, reż. Chan-wook Park). Przesycony zmysłowością dramat reżysera, o którym piszę w tym wpisie po raz trzeci. To jedyny film kostiumowy w tym zestawieniu, wizualnie olśniewający, lecz stojący przede wszystkim kreacjami aktorskimi. Pewien zawodowy oszust postanawia rozkochać w sobie bogatą kobietę, a pomagać ma mu w tym dziewczyna, która zatrudnia się jako tytułowa służąca. Film aż kipi od estetycznego erotyzmu, ten miłosny trójkąt oczywiście nie zakończy się dobrze, a napięcia dodaje narracja z kilku różnych perspektyw. To kolejny kolosalny, trwający dwie i pół godziny film zabierający nas w podróż jak w żadną inną. To jeden z tych filmów tak cholernie precyzyjnych, dopracowanych, a jednocześnie nie „przechuchanych, przedmuchanych”, tętniących życiem i naturalnymi, żywymi emocjami. Magnesami są tu zdecydowanie Min-hee Kim wcielająca się w dziedziczkę fortuny Hideko oraz Tae-ri Kim ogrywająca postać podstawionej służki. Dla fanów artystycznego, wysmakowanego, konsekwentnie budowanego kina będzie to prawdziwa uczta i dowód na to, że Chan-wook Park potrafi się odnaleźć w każdym gatunku.

Stanley

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: