google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: ZENEK | Jak zostałem twardzielem. (Nie)prawdziwa historia Zenka Martyniuka

RECENZJA: ZENEK | Jak zostałem twardzielem. (Nie)prawdziwa historia Zenka Martyniuka
Reklamy

Mówiłem, pisałem, zarzekałem się, że nie obejrzę kolejnego polskiego filmu, po którym będę sobie wyrwał włosy z głowy. Mowa oczywiście o zupełnie niepotrzebnej produkcji jaką jest tytułowy Zenek. Po pierwsze – muzyka disco polo to twór, który powinien umrzeć śmiercią naturalną i perspektywa słuchania jej w prawie dwu godzinnym filmie kojarzy mi się z najgorszymi torturami. Po drugie, Zenek Martyniuk nie jest osobą, która zasługiwałaby na biografie. Jednak, gdy ów produkcja trafiła na Netflixa zrobiłem lekki reserach. Okazało się, że znienawidzony przeze gatunek muzyczny w filmie jest wykorzystany w minimalnym stopniu. Jednak nawet nie to mnie przekonało, aby to obejrzeć. Otóż, w Zenku ma miejsce pewien absurdalny motyw, który musiałem zobaczyć na własne oczy, aby uwierzyć, że faktycznie został on wykorzystany. Zapraszam do mojej spojlerowej recenzji!

fot. materiały prasowe

Od razu śpieszę z informacją, że film jest zły. Nie to, żebym był zaskoczony, zwiastun zupełnie nie przekonywał, abym rzucił wszystko i ruszył na Podlasie w celu poznania historii Zenka Martyniuka. I tak jak wspomniałem na wstępie nie jestem fanem tego Pana ani tego jaką „muzykę” robi. Jednak postanowiłem dać mu lekką szansę, odstawić na bok moją awersję do disco-polo i postarać się ocenić ten tytuł w miarę obiektywnie, bez uprzedzeń – po prostu sprawiedliwie. Artysta ten nie osiągnął w życiu tyle, aby robić o nim film, przynajmniej w mojej ocenie. Jestem jednak świadomy, że ma rzeszę fanów, dla których oczy zielone to największy hit stulecia. Jest to dla mnie zagadka świata największa, że ludzie świadomie chodzą na jego koncerty, ale skończmy już krytykować samego Zenka i jego odbiorców. Wróćmy do samego filmu – czy fani po seansie będą zadowoleni i czy zwykły odbiorca dowie się czegoś wartościowego o Królu disco-polo? Otóż, do końca nie wiem do kogo jest ten film skierowany. To taki dziwny, chaotyczny, bardzo nierówny twór, który ma całkiem niezły start, nieco nudny środek i zakończenie tak absurdalne oraz dalekie od rzeczywistości, że trudno to wszystko logicznie ogarnąć.

fot. materiały prasowe

Poznajemy Zenka, kiedy jest jeszcze młodym młokosem. Razem ze swoimi ziomkami chcą grać muzykę, być popularni, może nawet i wyrwać się z Podlasia. Zdarzy się, że lider przyszłego zespołu Akcent zaśpiewa pieśń w kościele i zachwyci wszystkich wiernych. Dojdzie do sytuacji, że chłopaki zafundują koncert na dachu budynku. A nawet! Zagrają na weselu za parę butelek wódki, serwując zagraniczne hity pokroju Never Ending Story Limahla czy Papierowy Księżyc Haliny Frąckowiak. I muszę przyznać, że ten wstęp jest całkiem zgrabnie zrobiony i nawet nieźle się to ogląda. Niewątpliwie stało się to dzięki Jakubowi Zającowi, który perfekcyjnie wcielił się w młodego piosenkarza. Jego głos, naturalność i bijąca szczerość sprawia, że przez pewien czas film ma swój urok. Nie tylko postać Zenka jest autentyczna, ale również odwzorowanie wsi z lat 90. Ukazanie Podlasia, jego mieszkańców i ich życia – przede wszystkim młodych ludzi jest bardzo dobrze przedstawione. Obserwujemy jak czytają Bravo Girl, jak słuchają kaset z magnetofonu czy jak oglądają czarno-białą telewizję. I wszystko w rytmie hitów z Satelity, że aż trudno uwierzyć, iż jest to historia zespołu Akcent. Jeśli ktoś chciał się dowiedzieć jak Zenek Martyniuk osiągnął sukces i jak sam zaczął nagrywać własne kawałki to srogo się zawiedzie. Odnoszę nawet wrażenie, że reżyser Jan Hryniak jakby wstydził się wykorzystać kawałki tej właśnie muzyki i w estradowych elementach użył kultowych utworów, które prawie każdy lubi. Za to postanowił zrobić z Martyniuka prawdziwego Bad Boya Podlasia, wpleść w historię kryminalne motywy, porwanie, a nawet Cyganów, rodem z Przekrętu Guya Ritchiego.

fot. materiały prasowe

Okazuje się, że młody Zenon to prawdziwy pies na baby. Niby romansuje z pewną Cyganką, ale właściwie nie jest nią zainteresowany, gdyż jego serce bije mocniej dla pewnej Polki. Nie jest to zbyt mądre z jego strony, bowiem we wsi znajdziemy obraz społeczności romskiej, oczywiście pełnej stereotypów. Każdy Cygan kradnie, pije i urządza bijatyki. Generalnie lepiej nie podpadać. Brakuje tu tylko polskiego Brada Pitta. Zamiast niego mamy masywnego herszta całego taboru, który przez Zenka trafia do więzienia za kradzież telewizorów. Chłopak stał się z nie wiadomo jakiego powodu czujką i podczas rabunku dostał zadanie, aby drzeć ryja jak tylko zobaczy milicję. Niestety, ale nie uczynił tego, bo zapatrzył się na… psie igraszki. Tak, serio, dosłownie heheszki, bo psy spółkują na ulicy. Ubaw po pachy. Ten czyn ma swoją kontynuacje wiele, wiele lat później, kiedy to Zenek jest już prawdziwą gwiazdą, posiadającą rzeszę fanów. Wtedy też dochodzi do porwania jego syna, Danielka. Jak się domyślacie, to sprawka Romów, którzy chcą wycyganić od naszego Zenka nieco hajsów. Nasz bohater zamierza wziąć sprawy we własne ręce, wsiada w samochód i rusza ze swoim ziomeczkiem w samą paszcze lwa, aby uwolnić zakładnika. Prawdziwy polski bad-ass sceny muzycznej. Czegoś takiego to ja się doprawdy nie spodziewałem! Te zwroty akcji, te emocje, pościgi, wybuchy, cameo Zenka Martyniuka, Jarosław Jakimowicz i… absolutne przekłamanie historii. Coś takiego nigdy nie miało miejsca, przynajmniej w życiu naszego twardziela z Podlasia. Coś takiego przytrafiło się w 2005 roku prekursorowi muzyki chodnikowej w Polsce – Sławomirowi Świerzyńskiemu, liderowi zespołu Bayer Full. Kradzież historii, wykonana do tego tandetnie i sztucznie. Po co? Ja naprawdę nie rozumiem co reżyser miał w głowie, aby w historii o skromnym chłopaku z małej wsi użyć tego kryminalnego motywu.

fot. materiały prasowe

O życiu Martyniuka więcej dowiadujemy się z wrzutek paradokumentalnych, w których jego bliscy opisują życie muzyka i co się działo w poszczególnych latach. Retrospekcje mieszają się z rzeczywistością, nagle format zmienia się na panoramiczny i wchodzimy z butami w kolejne etapy egzystencji Zenka. I nagle Jakub Zając staje się Krzysztofem Czeczotem, czyli starszą wersją naszego muzyka. Jak do tego doszło? Nie wiem. Twórcy nagle robią skok w historii o 10 lat i mniej więcej jakieś 30 minut przed końcem filmu pojawia się dorosły wokalista. I już nie jest wesołym, radosnym gościem, a zgorzkniałym, sztucznie uśmiechającym się typem. Ba, nawet lubi sobie popić, szastać grubymi hajsami w barze i podrywać randomowe panienki. Brakowało tylko wciągania kokainy z piersi striptizerek. Nie o takiego Zenka nic nie robiłem. Czeczot natomiast zupełnie nie podołał roli. Twórcy chyba mieli tego świadomość, jest twarzą filmu, wyłania się na przód na każdym plakacie i zwiastunie. Jednak podczas kręcenia chyba zdali sobie sprawę z tego, że Jakub Zając bije go na głowę, więc zmienili na szybko scenariusz i poświecili mu więcej czasu ekranowego. Młody jest charyzmatyczny, uroczy, dobrze naśladuje gwiazdę, a Czeczot męczy się z każdą kwestią, jakby nie wiedział jak znalazł się na planie i co ma robić.

Zenek to film okropnie nierówny. Od strony technicznej jest zrealizowany porządnie, widać, że operator kamery się starał. Starała się również młoda część obsady, niestety starsi koledzy i koleżanki już dużo mniej. Nie wiadomo po co ten film powstał, bo za dużo o Zenonie się nie dowiemy, poza tym, że kawał z niego twardziela. Motyw cygański, porwanie to totalnie bezsensowny element, który de facto staje się dosyć dominującym aspektem. Szkoda, że przekłamanym. Fani disco-polo powinni poczuć się oszukani: muzyki chodnikowej jest tutaj naprawdę niewiele. Piosenek Akcentu praktycznie ma. Nawet w samym finale mamy na scenie trzech Zenków (prawdziwego, Zająca i Czeczota) oraz…Limahla we własnej osobie, którzy wspólnie śpiewają Never Ending Story. Jak wspomniałem, nie chciałem tego filmu oglądać. I nie jest to najgorsza, polska produkcja jaką widziałem. Ma niezłe momenty, które zostają zapomniane przez piętrzące się mankamenty w drugiej połowie filmu. Zenek to chaos scenariuszowy do tego stopnia, że nawet żałowałem, iż muzyki Akcentu było tak mało. Jestem antyfanem ich muzyki, ale jak już ktoś robi film o disco-polo to niech nie boi się jej użyć.

2/10 (bo Zając jest spoko)

Marcin Ponton Gontarski

Fan kina i seriali. Krążą plotki, że wszystko co jest w odcinkach to obejrzy. Dementuje i po kryjomu ogląda, Zazwyczaj się przyznaje i o tym opowiada. Lubi gadać, nawet nagrywa i wrzuca w formie podcastu na YouTube. Przede wszystkim szuka kreatywności w świecie filmu i telewizji, czegoś nowego, co przyśpieszy bicie jego filmowego serca. W wolnych chwilach ogląda seriale, chodzi do kina i gra na PS4.

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: