Reklamy
google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

ZESTAWIENIE | Najlepsze albumy na ukojenie skołatanych nerwów (CZĘŚĆ 1)

ZESTAWIENIE | Najlepsze albumy na ukojenie skołatanych nerwów (CZĘŚĆ 1)
Reklamy

Stres towarzyszy nam obecnie non stop, przyszłość jest niepewna, a ciśnienie podnoszą docierające zewsząd informacje, jedna gorsza od drugiej. W zaistniałych okolicznościach aż prosi się o odpalenie muzyki, która przeniesie nas choć na chwilę na zieloną łączkę, niebiańską plażę, lub chociaż w miejsce, w którym nie trzeba się będzie przejmować informacyjnym szumem. Postanowiłem więc specjalnie dla Was wybrać kilka albumów swoim klimatem przenoszących do krainy łagodności.

SIGUR RÓS – Ágætis byrjun (1999). Drugi album islandzkich czarodziejów, którzy wynieśli post-rock jako gatunek dość hermetyczny na muzyczne salony. Album ten był moim pierwszym kontaktem z tym wyjątkowym muzycznym kolektywem i bardzo żałuję, że nie było mi dane zobaczyć ich na żywo. Ágætis byrjun nie ma właściwie słabych punktów, jeśli jednak już muszę wybrać utwór dlań charakterystyczny to postawię na niesamowite, sielankowe Olsen Olsen. Warto dodać, że język jakim posługuje się Jon jest zmyślony i nosi on nazwę Vonlenska czyli „język nadziei”. Potem to już szybciutko można pochwycić resztę dyskografii tego cudownego zespołu.

GRIMES – Visions (2012). Grimes co prawda w ostatnich dniach zdobywa popularność ze względu na założenie rodziny z Elonem Muskiem i nazwanie dziecięcia X Æ A-12, ale ja nie o tym, ja o muzyce chciałem. To pierwszy krążek tej nietuzinkowej artystki wydanej przez 4AD (Dead Can Dance, Pixies, Bauhaus, The National, Cocteau Twins). Na tym albumie zdecydowanie strzela bez pudła przenosząc słuchacza do dream popowego świata. Pamiętacie Muminki na chmurkach w endingu naszej ukochanej wieczorynki? Ten krążek mógłby być zapętlonym soundtrackiem do podróżowaniu na chmurkach. Dla niezaznajomionych grimesowa klasyka, kawałek Genesis.

MASSIVE ATTACK – Mezzanine (1998). Pisać o takich albumach, liczących sobie więcej niż 20 wiosen jest wręcz nieco głupio, bo i powiedziano o nich wszystko. Osobiście uważam, że jest to ich opus magnum, album definiujący do spółki z Dummy Portishead (o czym za chwilę) brzmienie trip-hopu. Owszem nie brak tu ciemniejszych akcentów, nie da się jednak oprzeć wrażeniu, że ten mrok jest relaksujący. Oczywiście MA słabego albumu nie mają, dla estetycznego waloru warto wspomnieć, że w ich teledyskach pojawiają się takie piękności jak Cate Blanchett czy Rosamund Pike. A jeden z ich utworów przez lata towarzyszył nam podczas intro do Doktora House’a. A oto i on.

THE BLACK QUEEN – Fever Daydream (2016). Po rozpadzie The Dillinger Escape Plan coś we mnie umarło, ale i coś narodziło. Narodziła się miłość do TBQ, bowiem na wokalu udziela się nie kto inny jak Greg Puciato. Jego ciepłe wokalne oblicze to miód dla duszy, a skąpane w ejtisowych, depechopodobnych aranżacjach utwory, to muzyka niesamowicie ekscytująca, pozwalająca się wyrwać z rzeczywistości i przenosząca w mentalną podróż do wyobrażeń o latach 80-tych. Drugi album też warto skosztować, mimo, że jest nieco ciemniejszy w muzycznych barwach.

PORTISHEAD – Dummy (1994). Lata 90-te to był dla muzyki czas niesamowitych transformacji i narodzin zespołów, które po dziś dzień robią na nas piorunujące wrażenie. Problem z Portishead mamy właściwie jeden, jest to cholernie nieregularnie działający zespół, który ma jedynie w dorobku trzy niesamowite albumy. Jeśli to Wasza pierwsza styczność z tą grupą to serdecznie zazdroszczę, bowiem pierwsze wrażenie, jakie wywołuje ich muzyka… Huh, wspominałem już wcześniej o definiowaniu trip hopu? Przy ich twórczości naprawdę się łatwo rozpłynąć i zapomnieć o wszystkim, także polecam słuchać w całkowitej ciemności.

Reklamy

Stanley

Dodaj komentarz

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: