google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

Kiedy świat wróci do „normalności” planuję uczcić to stejkiem – wywiad z PIGOUT

Kiedy świat wróci do „normalności” planuję uczcić to stejkiem – wywiad z PIGOUT
Reklamy

Wywiad z PigOutem chciałem przeprowadzić już dawno, dawno temu, nie wiedząc, że otworzy on serię nadchodzących tegorocznych przepytywań. Pig okazał się osobnikiem wylewnym, nadającym zdecydowanie na tych samych falach. Nasza długaśna pogawędka od dziś jest do Waszej dyspozycji, życzę miłej lektury!

Szanowny PigOucie, powiedz mi na dzień dobry gdzie się obecnie znajdujesz? Jak zdrówko, jakie prognozy na najbliższe dni, z tego co było obserwowane to kwarantannę spędzasz #zagranico? 

Aktualnie kwarantannuję u siebie w domu #uff, ale prawdą jest, że jeszcze kilkanaście dni temu byłem #zagranico i zdążyłem wrócić tuż przed banem na loty międzynarodowe. Tak wiem, że z dzisiejszej perspektywy wydaje się to mocno kontrowersyjne, ale w chwili wylotu wszystko było jeszcze pod kontrolą i nikt się nie spodziewał, że wyjdzie z tego pandemia. Spodziewałeś się? Swoją drogą ciekawe, jak długo potrwa psychoza podróżnicza po zakończeniu kwarantanny.

Prędzej spodziewałbym się wznowienia emisji Mody na sukces w TVP, albo przywrócenia Wieczorynki. Powiedz mi więc, co robić by podczas kwarantanny by się tak śmiertelnie nie nudzić? Jakie protipy od wujka PigOuta usłyszę w pierwszej kolejności? Skoro jesteś zabunkrowany to jak spędzasz ten wolny czas? 

Plany na kwarantannę miałem bardzo ambitne, baaa wręcz imperialne. Planowałem m.in. zredukować trochę książkową kupkę wstydu, nadrobić zaległości filmowo-serialowe, zmontować klipy z drona, wystartować z pisaniem nowego ebooka oraz odkurzyć PS4 i wbić w końcu platynę w Spider-Manie, którego nadgryzam już dobry rok. Tyle w kwestii expectations. Reality wygląda tak, że w „areszcie domowym” towarzyszy mi dwuletni bombelek, więc już o 6 rano jestem ciągany za powiekę, po czym do wieczora czeka mnie masa atrakcji w stylu: czytanie Pucia, wymienianie imion wszystkich burków z Psiego Patrolu, biegi, skoki, noszenie na barana, budowanie wieży z klocków oraz maraton błagania -> Nie rzucaj / Nie wylewaj / Nie rysuj po ścianie / Nie ciągnij psa za ogon / Nie wrzucaj tego do muszli. Jebla idzie dostać, na szczęście dzięki niemal całkowitemu wyrzeczeniu się snu, na nocnej zmianie udaje mi się choć odrobinę liznąć popkultury. Aktualnie jestem w trakcie drugiego sezonu The Affair na Netflixie, równolegle czytam biografię Kim Dzong Una (Wielki następca), a (w niezbyt długie) objęcia Morfeusza odprowadza mnie Pięć lat kacetu w audiobooku.

A CZY WY ZNACIE JE WSZYSTKIE?

Z kolei ludziom, którzy mają trochę więcej swobody, polecałbym: 1. Myć rączki 2. Wychillować 3. Odkuć się w filmach i książkach 4.Ogarnąć jakiegoś nowego skilla z jutuba, np. piec makowiec. Tak zwana opcja win-win.

Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam bombelka i propsuję, że lubi Psi Patrol, bo od tego niedaleka droga do oglądania Psów Pasikowskiego. Powiedz mi Pig czy obserwujesz innych influencerów, youtuberów, blogerów podczas tej naszej małej apokalipsy? Zastanawiam się, czy trendsetterzy w dobie wirusa swoim fanom przekazują właściwe wskazówki. A może natrafiłeś już w sieci na jakichś nieodpowiedzialnych patałachów, których warto wypunktować? Ostatnio natrafiłem na „koronawirus challenge”, w którym to jedna typiarka na Tik Toku… polizała deskę klozetową (i dostała za to nieliche siano).

A od Psów Pasikowskiego już tylko jeden krok do Wściekłych psów Tarantino. I tak właśnie wygląda prawilna droga popkulturowego samuraja.

Z własnej woli subuję głównie cyników, memiarzy i filmiki ze śmiesznymi kotami. Influencerów od mówienia „jak żyć” trzymam na dystans, aczkolwiek moja praca polega na monitorowaniu sieci, więc jeśli danego dnia ktoś odwali jakąś „krzywą akcję”, na 99% ją wychwycę. W czasach pandemii mam trzy razy więcej roboty, bo co chwilę któraś z „gwiazd” wyskakuje z niezawodnymi sposobami na pokonanie wirusa. A to typ z dredami a’la Predatora twierdzi, że wystarczy pić wodę podgrzaną do 27 stopni i będzie luzik. A to jakaś instagramerka wrzuca zdjęcie, na którym leży z gołymi pośladami i uniesionymi nogami na skale, po czym dodaje w opisie, że jak człowiek dobrze wygrzeje anusa na słońcu, to żadna zaraza mu nie straszna. A to ta wspomniana przez ciebie typiara z Tik Toka zarzuci na lajwie: „CHWDP w wirusa, liżmy sedesy”. A to jakiś bloger pojedzie w tym trudnym czasie do Egiptu. Zgadzam się, że jeśli ktoś ma pierdyliard lajków na Insta, powinien brać odpowiedzialność za to co mówi, chociaż osobiście bardziej boję się ludzi, którzy zamiast strzelić fejspalma po obejrzeniu tych storisków i tik toków, stwierdzają, że spoko rady i wcielają je w życie. Jeśli zobaczysz na mieście kogoś wypinającego poślady do słońca, to już wiesz skąd ten pomysł.

Krótko mówiąc na co dzień spotykasz się z pandemią ludzkiej głupoty. I tak już od ładnych paru lat. Pozwól, że na chwilę wcielę się w totalnego ignoranta i niczym niedzielny zakupowicz wbijający do Biedry po ostatnią cegiełkę by zbudować dom z papieru zapytam o genezę świnkaka. Jak to się zaczęło i kiedy i dlaczego do cholery dalej chce Ci się to robić? 

Zaczęło się wraz z wejściem fejsbuczka do Polski. Założyłem konto, licząc że będą się tam działy cuda na kiju, tymczasem zastałem jedną wielką stypę. Ludzie mieli po tysiąc znajomych, ale żodyn się nie odzywał. Ot tyle, że od czasu do czasu, ktoś podlinkował jakiś artykuł, albo dał status, że jest właśnie w kinie, ale bez żadnej opinii, tymczasem mnie interesowało, dlaczego mam niby kliknąć w ten artykuł i co z tym filmem? Warto, nie warto? Nudy straszne, więc postanowiłem, że ja zacznę i ruszyłem z publikacją różnych głupotek. Zaczynałem od profilu prywatnego, gdzie z czasem zaczęło mnie śledzić kilka osób i co raz częściej pojawiały się komcie w stylu: „Ziom, koniecznie załóż bloga”.Taaa bloga od razu. Aż tak źle mi życzysz?” – myślałem, po czym poszedłem do roboty i stwierdziłem, że jeśli chcę ją utrzymać, to nie mogę dłużej pisać pod nazwiskiem. I tak właśnie narodził się PigOut. Oczywiście jeszcze tego samego dnia napisałem wszystkim obserwującym: „Hej, posłuchałem waszej rady i założyłem blogaska. Tu macie link, enjoy”. Zgadnij co? Jup, nikt nie przyszedł. Po tygodniu byłem gotowy odpuścić, wtem niespodziewanie profil zalajkowało 100 osób. Dopiero po pół roku odkryłem, że to moja Madzia z litości kupiła mi na allegro fejkowe lajki. No dobra, czułem, że coś jest na rzeczy, wszak to niemożliwe, żeby wszyscy followersi mieli tureckie nazwiska, ale wolałem udawać, że tego nie widzę.

Czyli jak w większości przypadków był i u Ciebie moment, że sobie myślałeś, że będziesz pisać do szuflady, tymczasem obecnie masz ponad 90 tysięcy obserwujących na samym fejsie. Pamiętasz jaki moment był dla Piga najbardziej przełomowy? Była jakaś lawina nowych czytelników spowodowana konkretnym tematem, czy swoje świńskie imperium budowałeś powolutku acz konsekwentnie? 

Punktem zwrotnym była recenzja koncertów sylwestrowych 2016, po której na fanpejdża dołączyło 10 tysięcy osób. Kosmos! Blogasek miał półtora roku i zebrał niecałe 2 tysiące czytelników, więc zdążyłem już się pogodzić z niszowością, a tu taki boom. Tak mocno mnie to zaskoczyło, że przez cztery kolejne dni nie napisałem ani słowa, wychodząc z założenia, że przyfarciłem, ale po następnym wpisie prawda wyjdzie na jaw i większość ludzi odejdzie. Odwlekałem na maksa ten moment i trzaskałem printscreeny statystyk dla wnuków 🙂 Ciekawostka jest taka, że recka pierwotnie miała być napisana zgodnie ze sztuką, czyli rzetelnie, ale tamtego dnia nie miałem za bardzo czasu na klepanie referatów, więc zamknąłem całość w kilku „hejterskich” zdaniach, np. Beatę Kozidrak porównałem do Matki Stifflera i heheszkowałem, że kto nie był w raybanach, ten zapewne oślepł od uśmiechu Piaska (akurat zęby sobie zrobił). I to zażarło.

A jak się zaczęło recenzowanie złego polskiego kina, czy też ogólnie filmów, seriali i programów rozrywkowych? Czytelnicy prosili mnie bym zapytał, czy sam sobie robisz taką krzywdę świadomie, czy ktoś Ci to kiedyś podpowiedział i tak już zostało. Ja to zmuszam redaktora Pontona by te wszystkie Blanki, Vegi i inne cuda oglądał, Ty chyba po prostu jesteś masochistą. No chyba, że paradoksalnie obcowanie z tym szajsem to jest statystyczny strzał w dychę i kolosalne zasięgi? Jak to jest w Twoim przypadku? 

To jest mix masochizmu z FOMO. Nie cierpię być wykluczony, więc jak coś staje się ultra popularne i wszyscy o tym mówią, to ja również chcę być w temacie i dorzucić swoje trzy grosze. Akurat tak się złożyło, że w ostatnich latach najpopularniejsze były „Zmierzchy”, „Greye”, filmy Vegi oraz książki Blanki Lipińskiej. Na początku sięgałem po nie, żeby sprawdzić, o co ten hajp, po czym odkryłem, że złe rzeczy uruchamiają we mnie nowe poziomy kreatywności. Okazało się, że o wiele łatwiej przychodzi mi wbijanie szpilek niż prawienie komplementów. Faktycznie statystyki są lepsze na takim kontencie, ale wcale nie jestem z tego dumny. Staram się regularnie podrzucać na blogasku cynki na rzeczy, które urwały mi ***ę i #nikogo, ale jak tylko wjeżdża Blanka Lipińska to zaczyna się szaleństwo. 

P.S. Przybij ode mnie high five Pontonowi. Oczywiście, jak już zdejmą kwarantannę.

Oczywiście, że przybiję, oby już w kwietniu, no dobra, w maju (jeszcze mnie kto uzna za optymistę i cały wizerunek w pisdu). Pogawędźmy sobie o zmianach, które mogą nas czekać. Przyjmijmy, że kina studyjne totalnie upadną, w ich miejscu powstaną Biedry i Żabki, natomiast wszelakie multipleksy będą jedynie zalewane przez blockbustery by się rynek odkuł (nie żebym nie lubił rozrywkowego kina, czy coś). W jakim kierunku według Ciebie może pójść post-wirusowa popkultura, zmieni się coś w modelu rozrywkowym w najbliższych latach, czy wszystko będzie po staremu? Już teraz niektóre filmy takie jak „Hejter” Komasy trafiają na platformy streamingowe. 

Ciekawe pytanie. Tak się składa, że zawsze na etapie Oscarów mam refleksje, że byłoby spoko, gdyby  premiery równolegle z kinami, lądowały również na VOD. Pewnie też tak masz, że chciałbyś obskoczyć wszystkie tytuły i pobawić się obstawianie zwycięzców jeszcze przed galą. Takie VOD bardzo ułatwiłoby sprawę, zwłaszcza jeśli byłoby rozliczane abonamentowo a nie per film. Z drugiej strony ten plan ma tyle słabych punktów, że sam bym go wyrzucił do kosza, gdybym był decyzyjny. Dwa największe to -> 1. Piractwo (jeszcze tego samego dnia filmy trafiałyby na torrenty i chomiki). 2. Śmierć kin (tak tak, wszyscy kochamy kino, bo to inny poziom oglądania… z drugiej strony teraz wszyscy mają w domu wielkie telewizory i/lub rzutniki, poza tym odchodzi czas na dojazd, nie trzeba oglądać 20-minut reklam, dzielić się podłokietnikiem, ani zapożyczać w Providencie na nachosy dla bombelków). Tak więc obstawiam, że Hejter i produkcje Universala, które również zadebiutowały w VOD, to anomalia i minimalizowanie strat w czasach epidemii.

Zresztą z ciekawości śledziłem newsy o Hejterze i tak jak wczoraj wszyscy byli zajarani, tak dzisiaj 3/4 buczy, bo okazało się, że za wypożyczenie trzeba zapłacić 35 zeta. I tu jest pies pogrzebany, bo Kowalski przeliczy sobie, że to prawie dwa razy drożej niż wyjście do kina, tymczasem dystrybutor musi wyjść z założenia, że na jednym wypożyczeniu, film obejrzą średnio dwie osoby i tak to wycenić. Cytując mema -> To j*bnie.

A co do drugiej części pytania, to przyznam, że wcześniej o tym nie myślałem, ale możesz mieć rację, że światek filmowy będzie chciał na szybko się odkuć finansowo i pójdzie na pełnej petardzie w blockbustery, a ambitniejsze projekty obejmie „kwarantanną”. Każdy dzień paraliżu, to krok w tym kierunku.

P.S. W tzw. międzyczasie, w streamingu pojawił się jeszcze pierwszy polski slasher W nocy dziś nie zaśnie nikt. On z kolei trafił bezpośrednio na Netflixa, co zapewni mu ogromny zasięg, wszak ludzie i tak już płacą abo, więc odpada rozterka finansowa. Pytanie, czy na takim modelu producenci wyjdą na swoje? Śmiem wątpić, aczkolwiek w tym momencie nie mieli najlepszej pozycji negocjacyjnej.

Nachodzi mnie też refleksja nad rozrywką jako taką w dobie ludzkich dramatów i rosnącej liczby zachorowań. Czasem się zastanawiam czy moja działalność, często podszyta dość czarnym humorem jest obecnie na miejscu. Z drugiej strony przychodzi mi do głowy cytat z króla Juliana „Dystans, dystans, albo wszyscy umrzemy”. Memów o wirusie jest w cholerę, trochę taki śmiech przez łzy ale jednak. Czujesz, że swoją działalnością, językiem jakim się posługujesz, historyjkom jakie opowiadasz spełniasz swoją misję w dobie kryzysu? Coś na zasadzie rozweselania, żeby nie popaść w paranoję i nie zwariować? 

Z każdym dniem jest mi coraz mniej do śmiechu, co oznacza tyle, że w tym momencie memy i teksty rozluźniające są potrzebne jeszcze bardziej niż zwykle. Taki wentyl bezpieczeństwa, żeby nie popaść w paranoję. Ostatnią rzeczą, jaką chciałbym teraz zobaczyć na fesie, to Abelard Giza, który porzuca heheszkową twórczość na rzecz siania defetyzmu. Swoją drogą nie mam intencji pisania dowcipów w stylu Tadeusza Drozdy. Raczej celuję w coś w stylu Dnia Świra. Niby się śmiejesz, ale po chwili masz refleksję: „Kurde, przecież to o nas i to się dzieje naprawdę”. A że nie jestem blogerem mówiącym „jak żyć”, to pozwalam, żeby każdy sam sobie rozkminił, co dalej z tym zrobić. 

W sumie to się zastanawiam czy obecna sytuacja to bardziej Dzień Świra, czy powrót do bareizmów. „Podoba mi się” też porównanie tego co się dzieje do zasysającego po same kule odcinka Black Mirror, który nigdy nie powstał (choć przypomina mi się „Hated In The Nation”, brrrrr). Skoro już tak sobie gawędzimy niczym przy piwku w restauracyjce to może podpowiedz co ludziska Twoim zdaniem koniecznie powinni obejrzeć/przeczytać/zrobić w czasie siedzenia w domach. Jakieś konkretne tytuły przychodzą Ci do głowy? Coś na oderwanie się od nieprzyjemnych myśli? Jakaś żelazna klasyka do powtórzenia? Czy może złe, złe, złe filmy lub seriale? 

Na pewno polecałbym nadrobić serial Czarnobyl, jeśli ktoś do tej pory nie widział. Dostrzegam w nim wiele analogii do obecnej sytuacji #UjoweZarzadzanieKryzysem i jestem skłonny się założyć, że przyszłe pokolenia dostaną równie mocny serial o aktualnej pandemii. Szkoda tylko, że Brytyjczycy go nie zobaczą, ale Boris Johnson postanowił, jak postanowił i już nic nie poradzimy. Na rozluźnienie najlepiej sprawdzą się sitcomy i tu odsyłam do Amazon Prime, gdzie można uświadczyć dwa najlepsze ever, czyli The Office i Park and Recreations. Gulity pleasure również jest jakąś opcją i tutaj polecajka może być tylko jedna -> Love is Blind na Netflixie. Po obejrzeniu zapewne będziesz sobą gardził (i mną też za wpakowanie w takie bagno), ale później zdasz sobie sprawę, że przez 11 godzin byłeś totalnie oderwany myślami od wszystkich problemów i kryzysów. A jeśli chodzi o książki, polecam własne -> papierową Świnia ryje w sieci oraz ebooka Dzienniki hejterskie. Przed wirusem cię nie uchronią, ale na pewno lepsza to rozrywka niż wypinanie pośladów do słońca.

LOVE IS BLIND, czyli uzależniające reality show na Netflixie

Ja z kolei chciałbym nadrobić klasykę filmową i robię to w następujący sposób: 1. Wchodzę na filmwebową listę TOP 500. 2. Wyszukuje filmu, którego jeszcze nie widziałem 3. Wpisuję tytuł na stronie „Gdzie obejrzeć”. 4. Jeśli jest dostępny w usługach streamingowych, oglądam. Jeśli nie, do skutku powtarzam punkty 2 i 3.

Skoro już padły nazwy Twoich lektur obowiązkowych to jak to z pisaniem i wydawaniem tych książek było. Sam się zbieram od lat za coś na kształt przewodnika po zrytych filmach. Jak wyglądała Twoja droga do wydania „Świni” i „Dzienników”. Dostanę jakąś dobrą, radę poza „bądź cierpliwy, kiedyś skończysz pisać”? 

Zaczęło się od wpisu blogowego, w którym roastowałem celebryckie książki-wydmuszki. Tekst rozszedł się viralowo po sieci i przyszła propozycja od wydawnictwa, żebym popełnił pełen metraż w tym stylu, czyli punktowanie naszych „gwiazdeczek”. Pomysł mocno średni, bo nie da się z tego ugrać za dużo materiału. Ot chałturzą na otwarciach marketów i dożynkowym święcie chleba, udają, że są eko, tymczasem co chwile latają czarterami na Zanzibar i nigdy nie ubierają sie dwa razy w to samo, etc. Kopiuj wklej do dowolnej celebrytki. Trochę słabo, ale tak się złożyło, że już od pewnego czasu nosiłem w sobie pomysł, aby wydać zbiór felietonów. Powiedzmy, że coś na podobieństwo książek Jeremiego Clarksona. Zaproponowałem, że możemy coś takiego razem zrobić i się zgodzili. To był test, czy taki format w ogóle ma rację bytu. Okazało się, że ma. 

A dlaczego druga książkę wydałem samodzielnie w ebooku? Powiedzmy, że nie do końca byłem zadowolony z działań promocyjnych wydawnictwa. Dysponują potężną machiną marketingową, tymczasem zostawili mnie ze wszystkim samego. No i hajs się nie zgadzał 😉

Przy pierwszej książce pieniądze były ostatnią rzeczą, jaka mnie interesowała. Jarałem się, że komuś podobają się teksty, że będę autorem, trafię do Empiku, etc. Masturbacja ego na fulla. Jednak kiedy euforia już minęła, dotarło do mnie, że biznesowo szału nie ma. Żeby ci to lepiej zobrazować -> bardziej opłaca się stać pod Tesco i pytać ludzi o możliwość odprowadzenia wózka niż wydawać książkę z wydawnictwem. Tak więc „Dzienniki hejterskie” wypuściłem już sam, a żeby nie pójść z torbami w razie wtopy, ograniczyłem się do ebooka. I tak jest moja rada dla Ciebie. Jeśli nie chcesz stać się zakładnikiem wydawnictwa, ani nie masz porządniej poduszki finansowej, która zapewni miękkie lądowanie w przypadku niewypału, odpuść papier i idź w ebooki.

Chciałem jeszcze sprostować, że mam „ale” do wydawnictwa, jako bezdusznego korpo, za to na poziomie personalnym jest całkiem w porzo. Panie, które się mną opiekowały były bardzo sympatyczne. Pozdrawiam, jeśli to czytają.

LENOREK CZY DOMESTOS?

Nie da się ukryć, że jesteś coraz bardziej rozpoznawalny i wpływowy, a przekroczenie 100.000 obserwujących jest kwestią czasu. W jakie ciekawe kampanie byłeś do tej pory zaangażowany? Z jaką marką Ci się najlepiej współpracowało (o ile możesz zdradzić). Masz jakieś marzenia względem współpracy z markami? Biorąc pod uwagę to co się dzieje influencerzy mogą okazać się jeszcze bardziej rozchwytywani niż wcześniej, potrzebni do przywrócenia… nie wiem jak to nazwać… normalności w sieci? 

Współpraca z markami to dość trudny temat. Przyznaję, że czasami z zazdrością spoglądam na influencerki, które bez żenady zareklamują wszystko, choćby wiązało się to z potrzebą czytania książek płynowi do prania #Lenorek. Ja niestety tak nie potrafię, przez co nie robię zbyt wielu kampanii. Żebym jakąś przyjął, muszę czuć markę i zweryfikować na własnej skórze, że produkt/usługa naprawdę są spoko. Poza tym nie godzę się na umieszczanie narzuconych treści. Nope, u mnie poza przekazem reklamowym, musi być jeszcze jakaś wartość dodana dla czytelnika i zachowany styl blogaska, więc albo zrobimy to po mojemu, albo wcale. Dzięki takiej selekcji nadal jeżdżę metrem, a nie Porsche nie powiem złego słowa na żadną markę, z którą działałem. Zawsze fajnie się układały takie współprace. Tematycznie najbardziej pasowało mi ambasadorowanie dla Storytel, gdzie według własnego widzi mi się, wybierałem audiobooki do recenzji + rozdawałem darmowe dostępy dla czytelników. Kilka fajnych wpisów z tego wyszło, które wychodziły daleko poza audiobooki. Lubię też współprace testowe. Np. Innogy Go użyczyło mi elektryczne autko, a zadanie polegało na normalnym użytkowaniu go przez tydzień, po czym miałem porównać statystyk z moją prywatną furą. Organoleptycznie odczułem różnicę. Po tej akcji zamarzyło mi się posiadanie elektryka na własność, ale bez sprzedania się Lenorkowi, raczej nie wyda.

Życzyłbym sobie i nam wszystkim, aby blogosfera i marki odpuściły nachalne, niewiarygodne i nic nie wnoszące reklamy, na rzecz obejmowania patronatów nad konkretnymi cyklami wpisów. Coś jak moja kooperacja ze Storytel. Zyskują wszyscy, a twórca nie wozi się później z moralniakiem, że puścił jakieś guano.

Jako, że byłem, jestem i będę maniakiem koncertów i muzyki jako takiej muszę zapytać z czystej ciekawości: Jakie dźwięki goszczą u Świniaka najczęściej? Nie mam pojęcia czemu, ale czasem gust muzyczny ciekawi mnie bardziej niż filmowy, bo w kinematografii zawsze znajdzie się punkty styczne, w muzyce niekoniecznie. Jak Pig reaguje na rock i metal? 

Wychowałem się na muzyce rockowej i nadal szanuję ją najbardziej, aczkolwiek na starość ostro wzięło mnie na rapsy. Od razu dementuję, że żadne Young Igi, a rapsy z dobrym storytellingiem. Nie jestem pewien, czy tekstowo nie kręci mnie to bardziej niż muzycznie. Jako koleś, który coś tam sobie pisze, jestem trochę (czyt. bardzo) zazdrosny, że są goście, którzy potrafią sprzedać historię w kilkunastu wersach i ta historia nie dość, że ma przekaz, to jeszcze się rymuje. Tymczasem ja, żeby opowiedzieć to samo, potrzebuję trzech stron A4. To jest totalnie inny level. Kawałek „Każdy ponad każdym” WWO to mój absolutny storytellingowy ideał. Poza tym jestem psychofanem Taco Hemingwaya i Pro8l3mu. Nie wiem, jak to działa, ale siada mi praktycznie wszystko, co wypuszczają. Metal lubię i szanuję do momentu, kiedy rozpoznaję słowa, a przynajmniej mam poczucie, że to nadal mowa ludzka #Slipknot. Behemot już mnie przerasta i nawet kiedyś się zastanawiałem, czy Nergal ma napisany jakiś tekst, czy wykrzykuje randomowe rzeczy? A jeśli to drugie, czy za każdym razem wykrzykuje to samo, czy improwizuje? Tak, wiem -> Ale Behemota to ty szanuj!

Hehemot zawsze spoko, potwierdzam, są teksty mam płytki na chacie. Jak się ustawialiśmy na wywiad to mówiłem, że chętnie bym machnął z Tobą jakiś większy crossover i dalej to podtrzymuję, ale to temat do przegadania na privie. Wydaje mi się za to, że możesz mi zdradzić z kim Ty byś chciał zrobić sobiec influencerskiego crossa, może to być cross zarówno jak najbardziej możliwy jak i ten że strefy marzeń. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym? Wspólne szamanie i ocenianie burgerów z Madzią? Albo heheszki pod jedną banderą z dajmy na to Vogule Poland? 

Nadal podtrzymuję zainteresowanie takim crossoverem. Możemy jeszcze do akcji wciągnąć Pontona, on zna mój ból. Z innych kolaboracji, chętnie popełniłbym coś heheszkowego z Malcolmem XD i coś popkulturowego z Radkiem Pisulą (Full Frontal Pisula). Jestem fanem ich pokręconych umysłów i abstrakcyjnego myślenia. Mam podejrzenie, że tak jak Obelix za młodu wpadł do kociołka z magicznym napojem, tak oni swego czasu wpadli do kociołka z wywarem THC i tak już im zostało #Szanuję. Z Marcinem Kucem z bloga Jaja w kuchni, mógłbym podjąć wyzwanie: „15 000 kalorii challange”. Wygląda na gościa, który nie potrzebuje łykać Apetizera przed obiadem. Z kolei Kamil Pawelski aka Eksluzywny Menel już dawno obiecał, że pewnego dnia zabierze mnie do lupeksu i odpicuje w takie fatałaszyki, że z miejsca zostałbym królem Tindera… gdyby nie to, że jestem dzieciaty i żyje w konkubinacie. Na wyprawę backpackersową bierę Kuboty, reklamówkę z Biedry oraz Pawła Szpalę (Człowiek Przygoda), który co prawda jest mega marudą, ale przy okazji czuje te klimaty i w przeciwieństwie do mnie, umie w wyjściowe foteczki. Poza tym zaspamowałby mi messengera pretensjami, gdybym go tu nie wymienił. I na koniec crossover z Remkiem Mrozem, z którym moglibyśmy wspólnie napisać „świadomego paździerza”, parodiującego jego dotychczasową karierę. Tytuł roboczy „Chyłka na Rewersie”. Konkretnie widzę to tak, że Remek pisze, ja polewam, a później dzielimy się fyfti-fyfti. No ile to dla Remka roboty? Max pół godzinki.

Z tego co widuję na Twoich social mediach lubisz sobie dobrego burgera wszamać, generalnie foodporn kojarzy się z Twoją działalnością. Jak to całe szaleństwo się już skończy to gdzie zjem najlepszego burgera Twoim zdaniem? Nie będę ściemniać – jestem maniakiem fastfoodów 😀 

Amerykanie mianem PigOuta określają styl życia, w którym człowiek jest w stanie wsiąść w samochód i przejechać kilkaset kilometrów, tylko po to, żeby wszamać coś epickiego. Taaaak bardzo jest mi po drodze z taką filozofią, że nawet nazwałem blogaska jej imieniem. A co do burgerów, to kocham je miłością pierwszą i szczerą, ale kiedy świat wróci do „normalności”, planuję uczcić to znacznie większym kalibrem -> stejkiem. I w tej kategorii mogę polecić ci dwie knajpy -> „Piroman” w Sopocie oraz „Beef and Pepper” w Warszawie. Jeśli będziesz miał okazję, zajrzyj koniecznie. Ich stejki i tatary rozwalą ci głowę. Burgery nie mają startu.

No to na koniec jeszcze zaczepki od moich czytelników.Padło pytanie o skarpetki  Balenciagi, oraz o drzwi do ogrodu rodem z „Parasite”. Czy ze skarpetami i drzwiami łączą się jakieś intrygujące historie? 😀 

Te hasła to ewidentne puszczenie oka, że ktoś zna moje teksty, niestety nie stoi za nim żadna rześka anegdotka. Skarpetki Balenciaga pojawiły się przy okazji wpisu o filmie z jutuba „How macz is your outfit czelendż”, w którym bananowa młodzież wyliczała ile kosztuje ich stylówka. Szły tam comba w stylu: Kurtka Versace 7 tysięcy, Bluza Gucci 5 koła, kołczan prawilności Diskłerta 1700 złotych i na koniec fatality w postaci skarpet Balenciagi za 900 peelenów. Śmialiśmy się, że nawet Balenciaga był w szoku, że ktoś je kupił, ale ostatecznie to taki śmiech przez łzy, kiedy człowiek sobie przypomni, że w jego budżecie mieszczą się co najwyżej skarpetki z Pepco.

Z drzwiami historia jest jeszcze mniej nośna. Ot zrobiliśmy sobie w chacie całkiem spore, przeszklone drzwi przesuwane na taras i długo uważałem, że są przekozackie, a później obejrzałem Parasite, w którym były podobne i od tamtego czasu wydają mi się trochę creepy. Jeśli wiedziałeś film, to sam wiesz, jakie inby się wyprawiały w parasajtowej hawirze. I tyle, end of story.

W tym momencie wyskakuje Porky Pig oświadczając That’s All Folks!, moje maglowanie dobiega końca. Pig, jeśli masz coś do przekazania naszym czytelnikom możesz to uczynić właśnie teraz! 

Pozdrawiam wszystkich czytelników i prośba o stosowanie się do kwarantanny, bo bardzo chciałbym dożyć do premiery nowego Bonda, wszak niecodziennie Fredek Merkury wciela się w villiana. Z góry dziękuję!

Stanley

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: