google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: NIEWIDZIALNY CZŁOWIEK | Czy ty też to (nie)widzisz?

RECENZJA: NIEWIDZIALNY CZŁOWIEK | Czy ty też to (nie)widzisz?
Reklamy

Po zeszłotygodniowym seansie Brahmsa również i teraz nie liczyłem na nic wielkiego. Tym bardziej, że Niewidzialny człowiek jest już którąś z kolei wariacją na temat klasycznej powieści H.G. Wellsa i myślałem, że niczym mnie nie zaskoczy. Sytuacji nie poprawiał też fakt, że film ten miał być częścią Dark Universe studia Universal, a główną rolę w zamyśle miał grać Johnny Depp. Wiemy jednak, że z planów stworzenia nowego filmowego uniwersum nic nie wyszło. Elisabeth Moss też nie musiała być gwarancją świetnego seansu, bo ileż to już razy oglądaliśmy dobrych, a nawet wybitnych aktorów w totalnych szrotach. Tymczasem jednak wyszedłem z kina może nie olśniony, ale jednak mile zaskoczony i z poczuciem, że nie straciłem dwóch godzin życia i 25 złotych z portfela na próżno.

Główną bohaterką jest Cecilia Kass, żona genialnego wynalazcy specjalizującego się w układach optycznych. Poznajemy ją w środku nocy, w momencie ucieczki z domu i od męża Adriana. Ukrywa się w domu najlepszego przyjaciela i jego córki. W czasie rozmowy z jej siostrą i przyjacielem właśnie, dowiadujemy się czemu zdecydowała się na taki krok. Otóż Adrian kontrolował każdy aspekt jej życia – poczynając od tego jak Cecilia ma się ubierać i co ma mówić, a nawet myśleć. Czasem posuwał się nawet do bicia. Mimo ucieczki kobieta wciąż żyje w strachu. Obawia się, że oprawca ją odnajdzie i skrzywdzi jeszcze bardziej niż do tej pory. Po kilku tygodniach jednak nadchodzą dobre wieści. Wynalazca popełnił samobójstwo, a w testamencie przekazał żonie sporą część majątku – z konkretnymi zastrzeżeniami jednak. Cecilia nie może popaść w konflikt z prawem lub być uznana za szaloną i umieszczona w szpitalu psychiatrycznym. Wydaje się, że wszystko się już skończyło i kobieta nareszcie zacznie żyć normalnie. Czy aby na pewno?

Jesteśmy świadkami jak wkoło bohaterki zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Ona sama ma poczucie, że jest obserwowana, a w domu znajduje się ktoś kto chce ją skrzywdzić. Zaczyna podejrzewać, że to Adrian sfingował własną śmierć i znalazł jakiś sposób by ją dręczyć. Niestety nikt jej nie wierzy – wszyscy mówią, że to skutek przeżytej traumy, a Cecilia musi zrozumieć, iż jej dramat się skończył. Musi „odpuścić” sobie Adriana.

Nie jest to typowy horror. Bardziej mamy tu do czynienia z thrillerem psychologicznym. Swoistym ukazaniem jak przemoc domowa wpływa na psychikę. Widzimy, że każdy może przeżyć swój osobisty horror i nie muszą wcale być w to zamieszane siły nadprzyrodzone. Cecilia czuje się coraz bardziej osaczona, spanikowana – a my nie mamy pewności czy to przypadkiem nie jest wytwór jej wyobraźni, sponiewieranego umysłu. Elisabeth Moss po raz kolejny daje popis aktorstwa. Przykuwa widza do ekranu, to na niej spoczywa główny ciężar wiarygodnego opowiedzenia tej historii. I robi to znakomicie. Naprawdę dobrze wychodzi też budowanie napięcia w filmie. Nie ma tu typowych jump scare’ów, o co w takim filmie naprawdę byłoby nietrudno. Grozę dostarcza nam się tu raczej w statycznych kadrach, podczas których szukamy wzrokiem, czy i gdzie się coś poruszy.

Nie jest to jednak film bez wad. Niektóre informacje podaje nam się zbyt bezczelnie i są one za bardzo oczywiste (najlepszy przyjaciel – gliniarz czy wspomniane już przeze mnie to, że Adrian jest specem od układów optycznych). Po seansie, przy głębszym zastanowieniu wyłapiemy też dziury logiczne i fabularne, których nie będę tu przytaczał ze zrozumiałych względów. Rozczarował mnie też trochę finał. Był zbyt prosty, napisany chyba bez większego wysiłku, po to tylko by skończyć historię w sensowny sposób. A można było przecież naprawdę się postarać i zrobić srogi plot-twist.

Jednak jak pisałem, warto wybrać się do kina. Choćby dla samej Moss. Nie mam wątpliwości, że babka jeśli tylko utrzyma poziom i będzie grać w mniej rozrywkowych filmach to całej kopy nagród z Oscarem na czele się doczeka. Warto też dla samej historii – przemoc domowa ujęta w formie filmu grozy – to też niezbyt częsty przypadek. Zazwyczaj takie sprawy podejmowane są w dramatach i psychologicznych, ciężkich obrazach. Zatem jeśli chcecie poczuć mały powiew świeżości, a przy okazji lekko się przestraszyć na sali kinowej – śmiało. Raczej się nie zawiedziecie.

Andrzej – 7/10

Andrzej

Wielki fan filmów Marvela i niezobowiązującego mordobicia na ekranie. Co nie przeszkadza mu w tym, że "Ojca chrzestnego" stawia ponad wszystko inne. Seriale też wciąga bez opamiętania i często siedzi przed ekranem całe godziny. A za Red Hot Chili Peppers dałby się pokroić.

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: