Reklamy
google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: BRAHMS – THE BOY II | Bardzo ubogi krewny Chucky’ego

RECENZJA: BRAHMS – THE BOY II | Bardzo ubogi krewny Chucky’ego

Przed paroma laty powstał sobie film The Boy. Może nic szczególnego, ale próbował ugryźć tematykę nawiedzonych lalek z innej strony. Bo pamiętamy przecież, a przynajmniej ci co oglądali, że jednak żadnych duchów i innych sił nadprzyrodzonych nie było. Obraz zarobił parę dolarów, ale wcale nie tak dużo, a i wielkiej ekscytacji wśród krytyków i publiczności nie wywołał. Więc chyba decydenci z Hollywood i scenarzyści od horrorów już naprawdę nie mają żadnych ciekawych historii do przedstawienia, że tworzą takie wybryki i popłuczyny popłuczyn jak to. No bo postawmy sprawę jasno – ile to już razy mieliśmy do czynienia w kinie z demonicznymi lalkami? Tu trzeba się naprawdę postarać, by pokazać coś oryginalnego. A ludzie od tej produkcji oryginalności mają tyle co pusta głowa tytułowego chłopca… A więc do rzeczy.

Zacznę od tego, że bałem się na tym filmie. Naprawdę się bałem. Że się nigdy nie skończy, bo choć trwa niecałe półtorej godziny ma się wrażenie, iż ciągnie się dłużej niż Irlandczyk. Jest to tak nudne i wtórne, że chyba nawet kolejne odcinki Klanu wnoszą większy powiew świeżości. Ale przejdźmy do fabuły. Mamy rodzinę żyjącą w Londynie, całkiem normalnych i kochających się mamę, tatę i syna. Jednego dnia mąż i ojciec zostaje dłużej w pracy i wtedy akurat na nieszczęście do mieszkania włamują się złodzieje i w wyniku splotu okoliczności atakują panią domu i młodego Jude’a – jej syna. Po zdarzeniu chłopak zamyka się w sobie i w ogóle nie odzywa, a kobietę dręczą nocne koszmary i powoli odsuwa się od męża. Ten aby to wszystko przełamać wpada na pomysł przeprowadzki za miasto, gdzie rodzina mogłaby uporać się z demonami. Trafiają do pensjonatu położonego w sąsiedztwie posiadłości Glennview, znanej z pierwszej części. Tam dosłownie po paru minutach Jude zwabiony tajemniczymi szeptami znajduje zakopaną w lesie lalkę – Brahmsa. No a potem…

Potem mamy festiwal typowych, przeżutych już tysiące razy chwytów stosowanych we wszelakiej maści horrorach. A to dziwne odgłosy za ścianą, a to przedmioty zmieniają swoje położenie, a to innym razem ktoś popsuje pluszowego misia a syn mówi, że to nie on. Widzieliśmy to już tyle razy, że jesteśmy w stanie powiedzieć co za chwilę nastąpi. Pojawia się nawet sąsiad, który oczywiście opowie nam całą straszną historię tego miejsca. Ojej, jakie to oryginalne. I o ile jeszcze takie jump scary mają sens gdy jest ciemno, cicho i strasznie to tutaj przeważnie dzieje się to w świetle dnia. Kto wpadł na taki pomysł? Naprawdę pogratulować, bo to chyba jedyny świeży pomysł w tym „dziele”. Ale chyba nie o to chodzi w horrorach, prawda? Oczywiście świadkiem dziwnych wydarzeń jest żona, a mąż jej nie wierzy i zrzuca wszystko na przeżytą niedawno traumę. Brzmi znajomo? Cóż to kolejna kalka z setek innych sztampowych filmów grozy. Cała historia toczy się torem, który wszyscy znamy i którym jesteśmy już znudzeni. Scenarzyści udają, że silą się na twist, który nas zaskoczy, ale my nie udajemy, iż byliśmy go świadomi jakieś pół godziny przed rozpoczęciem seansu. Gdy wreszcie dochodzimy do finału wiemy już dokładnie jak to się potoczy i co kto zrobi. A poza tym finał ten podobnie jak cały film jest bezbarwny i tak nudny, że jedyne emocje jakie nam towarzyszą to obawa czy w toalecie po seansie nie będzie zbyt długiej kolejki.

Może gdyby jeszcze aktorom się chciało, to coś dałoby się z tego wysmażyć (chociaż szczerze wątpię), ale nikt tutaj nie próbuje nic dać od siebie. Katie Holmes gra dwoma minami i wytrzeszczem oczu, Owain Yeoman jest bo jest, Ralph Ineson porobi trochę złych min i to wszystko. Młody Christopher Convery, na którego barkach spoczywa w dużej mierze udźwignięcie historii to raczej nie jest talent na miarę Jacoba Tremblaya. Najlepiej, o zgrozo, wypada w tym gronie lalka – siedzi, nic nie robi, a i tak prezentuje się lepiej od ludzkiej obsady.

Tak więc nie był to najlepszy wypad do kina w moim życiu. Aktorstwo w tym filmie – leży, scenariusz – leży, logika, nawet jak na horror – leży. Nikt nie postarał się, by chociaż przez krótką chwilę widzowie poczuli coś na kształt strachu. I mam tylko nadzieję, że już nikt nie wpadnie na to, by zaserwować nam kolejne zmartwychwstanie ceramicznego chłopca. Cóż, nie jest to najlepszy czas dla demonicznych lalek w kinie.

Andrzej – 1/10

Reklamy

Andrzej

Wielki fan filmów Marvela i niezobowiązującego mordobicia na ekranie. Co nie przeszkadza mu w tym, że "Ojca chrzestnego" stawia ponad wszystko inne. Seriale też wciąga bez opamiętania i często siedzi przed ekranem całe godziny. A za Red Hot Chili Peppers dałby się pokroić.

Dodaj komentarz

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: