google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: DŻENTELMENI | Gangsterzy, cwaniaczki i dżentelmeni

RECENZJA: DŻENTELMENI  |  Gangsterzy, cwaniaczki i dżentelmeni
Reklamy

Ile to lamentów było, że Guy Ritchie się skończył, że poszedł w masówkę i będzie tylko kolejnym trybikiem na usługach żądnych coraz to większych wpływów wytwórni filmowych. Co prawda Aladyn nie był złym filmem, ale przyznać trzeba, że nie miał tego sznytu reżysera znanego z poprzednich produkcji. Tymczasem Ritchie bez większego rozgłosu zabrał się za to co mu do tej pory wychodziło najlepiej. Czyli zagmatwana, najeżona wieloma barwnymi postaciami historia gangsterska z ulic Londynu. Czy jest to tak dobry film jak debiutanckie Porachunki lub genialny Przekręt? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie.

Głównym graczem na angielskim rynku handlu marihuaną jest Amerykanin Mickey Pearson. Doszedł do władzy skrupulatnie, wspinając się po szczeblach „kariery”. Zaczął od sprzedaży trawki kolegom na studiach w Oxfordzie, poprzez agresywne przejmowanie terenów, aż po zbudowanie imperium, które rocznie wytwarza i sprzedaje 50 ton towaru. Ale Mickey czuje się już trochę zmęczony i chciałby spędzać więcej czasu z żoną, którą szczerze kocha. Postanawia więc sprzedać biznes wraz z całą infrastrukturą. Ma już nawet wybranego kupca, który według niego idealnie pasuje do przejęcia interesu. Jednak takie wieści się rozchodzą, a że idzie tu o 400 milionów funtów, to na scenę, jak to zwykle u Ritchiego bywa, wkracza cała plejada barwnych postaci.

Całą historię poznajemy tu z perspektywy Fletchera, dziennikarza – wolnego strzelca, który nie zdradzając za bardzo fabuły, też chce ugrać coś dla siebie. Czasem jest tylko małe sprostowanie ze strony Raya, prawej ręki Mickey’a. Dzięki temu mamy to wszystko fajnie opowiedziane, ponieważ wątki których jest tu kilka rozwijają się i splatają często zaskakująco. A że Fletcher był tylko obserwatorem, nie wie wszystkiego i nie zawsze mamy pewność, że to co widzimy na ekranie rozegrało się tak jak to opowiada. Taki sposób narracji daje też możliwość wprowadzania zmian w zaobserwowanych już wydarzeniach, a to z kolei nadaje odpowiednie tempo filmowi. Gdzie trzeba zwalnia, gdzie trzeba przyspiesza. Nie ma tu takiej szalonej jazdy jak we wspomnianych już wyżej obrazach, ale cały czas widać rękę ich angielskiego reżysera. I w porównaniu np. do Ptaków nocy, które miały premierę tydzień wcześniej nie ma tu takiego chaosu w opowiadanej historii. A przecież w obu filmach jest zastosowany bardzo podobny sposób na przedstawienie tego co oglądamy.

Oczywiście żadne takie zabiegi nie dałyby zadowalającego rezultatu, gdyby nie dobry scenariusz. A ten w Dżentelmenach jest nawet więcej niż dobry. Ritchie znowu udowodnił, że napisanie zakręconej, pełnej twistów, zwariowanej historii z londyńskiego światka przestępczego to dla niego bułka z masłem. Wszystko tutaj się ładnie zazębia. Gdy czegoś nie wiemy, nie rozumiemy w odpowiedniej chwili zostaje nam wyjaśnione. Wszystkie trybiki trafiają na swoje miejsce a my mamy poczucie spełnienia. Ale scenariusz to też nie wszystko. Trzeba jeszcze trafić z obsadą, która wcieli go w życie. I tu też mamy strzały w dziesiątkę. Hugh Grant doskonale bawi się rolą cwaniakowatego dziennikarza, tak inną od jego zwykłego emploi. Charlie Hunnam jako elegancki gangster też daje mały popis. Gra go oszczędnie i bez szarżowania, a jego spokojnie wymawiane, typowe dla filmów Ritchiego wyzwiska i soczyste bluzgi dodają mu uroku. Matthew McConaughey, filmowy kameleon ostatnich lat dotrzymuje im kroku. Ale najlepszy chyba jest tu brawurowy Colin Farrell jako trener boksu o ksywce… „Trener”. Widać, że ta rola sprawiła mu wielką frajdę, a nietypowe dresy noszone przez niego i jego podopiecznych już stają się hitem.

Podsumowując, jeśli ktoś się jeszcze zastanawia czy warto iść do kina – naprawdę nie ma nad czym. To wciąż stary, dobry Ritchie, który zdobył nasze serca Przekrętem. I choć może najnowsze dzieło nie jest na miarę tamtego, to spokojnie może stać w rzędzie z Rock’N’Rollą. Jest klimat, jest humor, jest „cockney”. Panie Guy, proszę o więcej!

Andrzej 8/10

Andrzej

Wielki fan filmów Marvela i niezobowiązującego mordobicia na ekranie. Co nie przeszkadza mu w tym, że "Ojca chrzestnego" stawia ponad wszystko inne. Seriale też wciąga bez opamiętania i często siedzi przed ekranem całe godziny. A za Red Hot Chili Peppers dałby się pokroić.

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: