Reklamy

THE BEST OF 2019: Najlepsze zagraniczne filmy, które zobaczyliśmy w ubiegłym roku!

THE BEST OF 2019: Najlepsze zagraniczne filmy, które zobaczyliśmy w ubiegłym roku!

Najwyższa pora ujawnić nasze TOP 30 najlepszych, najciekawszych, najdziwniejszych filmów, które trafiły w ubiegłym roku zarówno do kin multipleksowych jak i studyjnych. Postanowiliśmy, że urozmaicimy nasze podsumowanie najbardziej jak tylko się da mieszając między sobą kino typowo rozrywkowe z kameralnymi historiami, których rozsmakują się koneserzy. Oczywiście poza trzydziestką znalazło się bardzo dużo świetnych filmów, ale nie można mieć wszystkiego! W zestawieniu znalazły się filmy, które doczekały się polskiej dystrybucji w kinach w 2019 roku, nie zdziwcie się więc, że część z nich jest z zamierzchłego 2018, często dzięki zawziętej walce o prawa do nich było nam dane się z nimi zmierzyć! Które film z tej listy widzieliście? Jakie są Waszymi ulubionymi?

30.NAZYWAM SIĘ DOLEMITE (Dolemite Is My Name!, reż. Craig Brewer). Biograficzna opowieść o życiu Rudy’ego Ray’a Moore’a, amerykańskiego komika, aktora, piosenkarza i producenta filmowego. Przyjął on przydomek Dolemite i choć polskim widzom jego postać może mówić niewiele, to warto zobaczyć tą dynamiczną produkcję, kłaniającą się w pas kampowej stylistyce i kinu eksploatacji. Eddie Murphy zaliczył rewelacyjną kreację, co bardzo cieszy, bo w ostatnich latach coś o nim ucichło. Film jest dostępny na platformie NETFLIX, jest jego oryginalną produkcją.

29.PRZEDSZKOLANKA (The Kindergarten Teacher, Sara Colangelo). Maggie Gyllenhaal już nieraz udowodniła, że jest bardzo zdolną aktorką i już dawno nie jest tylko siostrą „tego Jake’a”. Wciela się w Lisę, która odkrywa poetycki talent swojego pięcioletniego ucznia. Ich relacja nie będzie należeć do najłatwiejszych, ale o prawdziwy talent należy walczyć, czyż nie? To ciepła produkcja, która obijała się po kinach studyjnych, obecnie możecie ją zobaczyć na HBO GO.

28.KRAINA MIODU (Honeyland, reż. Tamara Kotevska i Ljubomir Stefanov). Dokument, który ogląda się się niczym wciągający film obyczajowy. Pokazujący nam życie kobiety zupełnie odciętej od naszej codzienności, skupiającej się w swoim maleńkim życiu na handlu miodem. Kiedy w okolicy pojawia się wielodzietna, rozkrzyczana rodzina, życie głównej bohaterki w nieprzyjemny sposób zaczyna wywracać się do góry nogami. Film otrzymał dwie nominacje do Oscara, za najlepszy dokument oraz produkcję nieanglojęzyczną, co nieczęsto się zdarza. Perełka macedońskiej kinematografii.

27.NIE MA NAS W DOMU (Sorry We Missed You, reż. Ken Loach). Zaprawiony w portretowaniu przyziemnych, obyczajowych fabuł reżyser Whisky dla aniołów czy Ja, Daniel Blake powraca z kolejnym kameralnym dziełem. Tym razem skupia uwagę widzów na podobnych problemach, które mogliśmy obserwować chociażby w naszym rodzimym Placu zbawiciela. Jak nie przepadacie za ponurymi, szczerymi do bólu obrazami i nie chcecie sobie popsuć humoru to… i tak obejrzyjcie, to jest film, który ryje banię jak należy.

26.PRZEPRASZAM, ŻE PRZESZKADZAM (Sorry to Bother You, reż. Boots Riley). Debiut reżyserski Bootsa Rileya okazuje się równie wariacki, pomysłowy, surrealistyczny i absurdalny co jego teledyski. A niby jest to historia gościa, który zaczyna robić zawrotną karierę jako telemarketer. Produkcja jest nieprzewidywalna, aktorzy się świetnie bawią, bryluje oczywiście Lakeith Stanfield, a przygrywają mu Tessa Thompson, Terry Crews, Danny Glover i Steven Yeun. Albo pokochacie ten film, albo się od niego totalnie odbijecie.

25.AD ASTRA (reż. James Gray). Od produkcji z Bradem Pittem, podobnie jak od Grawitacji się wielu widzów odbiło. Bo to nie jest wielce napompowane kino, raczej s-f kontemplacyjne i być może dlatego nie przyjęte z należytą uwagą. Tak to jest jak trailer obiecuje zbyt wiele. Film przynajmniej w kategoriach technicznych powinien zostać przez Akademię doceniony nominacjami, ale no cóż, nie tym razem. Ostrzegam uczulonych na narrację z offu – film się na niej opiera, uprzedzam, jeśli nie przepadacie za tego typu budowaniem nastroju.

24.SZCZĘSLIWY LAZZARO (Lazzaro Felice, reż. Alice Rohrwacher). A to jest jeden z tych ciepłych naiwnych filmów, o ciepłych naiwnych bohaterach, którzy kradną serducha wszystkich co bardziej wrażliwych widzów. Lazzaro to nie jest typ osoby, która by kumała, że go się robi w bambuko, zbyt ufnym kwiatem tego światu jest. Reżyserka filmu bynajmniej nie pokazuje nam postaci, w której istnienie trudno uwierzyć, wręcz przeciwnie, przypomina, że takie jednostki się po świecie tułaczą. Spotkać takiego osobnika pewnie dla niejednego byłoby wywrotowym doświadczeniem. Film możecie zobaczyć na HBO GO.

23.KLAUS (reż. Sergio Pablos). Absolutnie uroczy film, przypominający mi stare, dobre animowane filmy familijne w duchu dajmy na to Wszystkie psy idą do nieba. Historia listonosza, który zaczyna ożywiać zwaśnionych mieszkańców zapomnianego przez Boga miasteczka chwyta za serducho, nie wciska nam głupotek, a wręcz pokazuje genezy legend na temat świąt i postaci samego świętego Mikołaja. I cieszę się niezmiernie z nominacji oscarowej dla tej produkcji, jest po prostu piękna. Produkcja od Netfilxa, który w tym roku się pod względem oryginalnych produkcji całkiem, całkiem poprawił.

22.DOM, KTÓRY ZBUDOWAŁ JACK (The House That Jack Built, reż. Lars von Trier). Duński reżyser zawsze wyróżniał się na tle innych europejskich reżyserów, proponując kino obskurne, ale podszyte artyzmem, formalnie brzydkie, ale nakręcone tak, że wzrok trudno oderwać. Epatujące przemocą i erotyką, dosadną i niepokojąco wiarygodną. Tym razem postanowił zaszarżować i w swoim niepowtarzalnym, z miejsca rozpoznawalnym stylu przybliżyć życie seryjnego zabójcy Jacka (Matt Dillon). Jest w tym przeintelektualizowanym bełkocie na tyle dużo błyskotliwych scen i czarnego humoru, że warto przysiąść i obejrzeć. A finał albo Was wyrzuci z papuci, albo rozbawi, tak że spuchniecie. Osobiście namawiam, ale uprzedzam przed specyficzną poetyką filmu.

21.MANDY (reż. Panos Cosmatos). Twórca arthouse’owego s-f, Za czarną tęczą zgrabnie wykorzystuje obecny status Nicolasa Cage’a w filmowym światku. Mandy to na poły narkotyczny trip, na poły horror gore, dzika jazda, która gdyby nie współczesna otoczka wizualna nadawałby się na klasyka ejtisowych VHS-ów. Muzyka niesamowita, klimat odrealniony, po seansie możecie śmiało odpalić jako post-scriptum jakiś album Perturbatora czy Carpenter Brut. Jak się dobić to po całości.

20.TOY STORY 4 (reż Josh Cooley). Obawiałem się czy to film potrzebny, szczególnie, że część trzecia była bardzo udana. Toy Story dojrzewa wraz z widzami i tym razem oferuje poza masą dobrej zabawy i popkulturalnych tropów także sporo rozkmin egzystencjalnych za sprawą postaci Sztućka. Poza tym film bezczelnie żeruje na naszej nostalgii i my o tym dobrze wiemy i my to kochamy. Tak więc moim zdaniem albo Klaus albo Chudy i Buzz.

19.ROCKETMAN (reż Dexter Fletcher). Dla wielu, w tym redaktora Pontona, film znacznie bardziej udany niż Bohemian Rhapsody. Biografia znacznie odważniejsza, bardziej krzykliwa, dotycząca przecież artysty podobnej klasy co Mercury. Taron Egerton jest genialnym Eltonem Johnem, doceniło to jury Złotych Globów. Za to Akademia oscarowa zbrodniczo film olała, choć przecież rok temu piała nad Bohemian. No nie zrozumiesz. Film obecnie dorwiecie na HBO GO.

18.DWÓCH PAPIEŻY (The Two Popes, reż. Fernando Meirelles). Siedzi sobie dwóch chłopów przez cały film i gada, gada, gada. Kwestia czy nam się to gadanie spodoba i jakie z niego wnioski wyciągniemy. Bo nie jest to produkcja, która włazi nam w tyłek religijnymi frazesami. To przede wszystkim próba wejrzenia w osobowości odgrywanych przez Hopkinsa i Pryce’a postaci. I jako taka jak najbardziej się broni. Film produkcji Netflixa, także tam go szukajcie, a znajdziecie.

17.LE MANS ’66 (Ford vs Ferrari, reż. James Mamgold). Twórczość Mangolda to stylistyczny groch z kapustą, bowiem gość wyreżyserował kultową Przerwaną lekcję muzyki, biograficzny film o Johnnym Cashu, czyli Spacer po linie, ale też odpowiada za najlepsze pożegnanie postaci komiksowej w Loganie. Historia, w której pierwsze skrzypce grają Christian Bale i Matt Damon to dynamiczne odtworzenie 24-godzinnego wyścigu, tytułowego Le Mans, będącego wynikiem wyzwania jakie Henry Ford rzucił ekipie Ferrari. Słuszne nominacje w kategoriach technicznych, ten film zdecydowanie rzuca widzem na lewo i prawo jakby sam był w centrum wyścigowej zawieruchy.

16.ZŁODZIEJASZKI (Manbiki Kazoku, re. Hirokazu Koreeda). Japoński dramat, który podbijał serducha widzów odwiedzających kina studyjne. To jest po prostu portret rodziny, która nie potrafi powiązać końca z końcem i jest zmuszona by kraść. Ale kiedy pojawi się w ich otoczeniu bezdomna dziewczynka to i słoneczko jakby bardziej zaświeci, a i więzy zacieśnią. Ku pokrzepieniu serduch i refleksji nad tym naszym paskudnym, pędzącym życiem.

15.KAFARNAUM (Cafarnaúm, reż. Nadine Labaki). Film portretujący niesamowitą biedę i cierpienie tych, którzy będąc dziećmi nie mają właściwie wpływu na swój los. Wali ten film po pysku, trzyma za mordę, nie daje odetchnąć, a jednocześnie ma się poczucie, że to jest dzieło, które nie przekracza granicy odwrócenia wzroku. To jest dzieło, które każdy powinien zobaczyć, zmierzyć się z nim i zapamiętać, że w tej filmowej fikcji jest cała masa przykrej prawdy.

14.BÓL I BLASK (Dolor y gloria, reż. Pedro Almodóvar). Film o artyście nakręcony przez artystę formatu Pedro musiał się udać, bowiem tylko artysta artystę zrozumie. Jego cierpienie, zwątpienie, rozczarowanie, wrażliwość. Banderas jest tutaj najlepszy od lat, rola wręcz skrojona pod jego dojrzałe oblicze. Jest to film tak bardzo, bardzo w klimacie innych dzieł reżysera, ma ten sznyt, ten smak i trafi do jego stałych widzów. Jednocześnie nie wpada w autocytaty i pokazuje, że nawet kiedy jako reżyser i aktor osiągnęło się szczyt, to dalej można tworzyć rzeczy wielkie, bez zadyszki i zmęczenia materiału.

13.PORTRET KOBIETY W OGNIU (Portrait de la jeune fille en feu, reż. Céline Sciamma). Niesamowicie estetyczny, eteryczny i przesiąknięty emocjami jest ten film. Akcja osadzona w roku 1790 opowiada o malarce, której zlecono portret przymusowo wychodzącej za mąż kobiecie. Między bohaterkami rodzi się fascynacja ujęta w niesamowitych zbliżeniach i artystycznych kadrach. Jak nie lubicie filmów przegadanych, statycznych, tak zwanego slow cinema, to możecie się najzwyczajniej w świecie znudzić. Jeśli jednak kręcą Was zdjęcia, kostiumy, mimika aktorów, zbliżenia i plastyczność obrazu to to może być miłość od pierwszego wejrzenia.

12.IRLANDCZYK (The Irishman, reż. Martin Scorsese). 3,5 godzinny seans nowego dzieła Scorsese utrzymał mnie w przekonaniu, że to mógłby być ostatni film w dorobku zarówno reżysera jak i samych aktorów. Biograficzna opowieść o zdobywaniu władzy i bogactwa, które tracą na znaczeniu im bardziej się starzejemy. Wszystko przemija, sława, hajs, znajomi, którzy się dla korzyści z bohaterami trzymają. Jest tu wręcz nadmiar wszystkiego co w kinie Martina najlepsze, nie brakuje wręcz stylistycznych cytatów, ale to dalej ma niesamowitego powera, jest przemyślane od malowanego domu do grobowej deski. Produkcja Netflixowa, uszanowanko dla Scorsese, że podjął ryzyko, które mogło mu się bardzo nie opłacić.

11.GREEN BOOK (reż. Peter Farrelly). Feel good movie, który dobył Oscara za najlepszy film roku 2018 w ubiegłym roku. Viggo Mortensen im starszy tym bardziej zachwycający swoim talentem, bo w takiego prostolinijnego chłopa się wcielić to jest sztuka. Czuje się, że to jest wszystko skrojone pod linijkę, dopracowane w najdrobniejszych hollywoodzkich szczegółach, ale mimo tego jest w tym dziele taka uniwersalna magia, takie ciepełko, którego czasem człowiek potrzebuje. Film obecnie dostępny jest na HBO GO.

10.MIDSOMMAR (reż. Ari Aster). Pierwszą dziesiątkę otwieram produkcją, która wielu widzów chyba bardzo mocno oszukała. Aster nie zamierza wylewać grozy z ekranu, epatować przemocą, dosłownością, jakimiś tanimi jumpscare’ami. Zamiast tego proponuje terror za pomocą zilustrowania tego co nam bliżej nieznane, niewiarygodne, a przecież możliwe. Odpłynięcie w świat narkotycznych rytuałów, kłanianie się folkowym legendom i ogrywanie krążących tu i ówdzie stereotypów o mieszkańcach Skandynawii. Jakie ten film ma zdjęcia, jaką muzykę, jaka Florence Pugh jest tutaj histeryczna. A przy tym nie brakuje odrobinki smoliście czarnego humorku serwowanego w biały dzień.

9.FAWORYTA (The Favourite, reż. Jorgos Lantimos). Kolejny film nagrodzony na zeszłorocznych Oscarach (laureatką została Olivia Colman, jak najbardziej zasłużenie). Mroczna satyra, dramat tańcujący pod rękę z komedią, estetyka filmu kostiumowego zderzająca się z niestandardowymi ujęciami (rybie oko, które gdzieś tam mi sugeruje jakbym oglądał program pokroju Big Brothera). Walka o względy despotycznej królowej jest opowiedziana przez Lantimosa po ichniemu, a jednocześnie bez epatowania dziwacznością znaną z Lostera i Kła. Takie szalone, łamiące schematy produkcje o ludzkiej zachłanności, kombinatorstwie, włażeniu innym w tyłek to ja bardzo lubię!

8.TO MY (Us, reż. Jordan Peele). No to jest moim zdaniem najciekawszy film grozy ubiegłego roku. W kinie byłem, potem widziałem jeszcze dwukrotnie i dalej jestem pod wrażeniem, tej w gruncie rzeczy srogiej satyry na temat Stanów Zjednoczonych. Ubrać to w szatki kina grozy i zaserwować bez mrugnięcia okiem to tylko Peele potrafi. Wybitna podwójna kreacja Lupity Nyong’o i ścieżka dźwiękowa, która przejdzie za parę lat do klasyki grozy. Jakim cudem Akademia pominęła to działo w nominacjach jest mi niewiadome.

7.NA NOŻE (Knives Out, reż. Rian Johnson). Jakby się ktoś zastanawiał jak się ma klasyczny kryminał w XXI wieku, to Rian Johnson dostarcza odpowiedź. Okej, okej, Knives Out wychodzi z tych wszystkich kryminalnych schematów obronną ręką na tyle z klasą, że film dostał nominację do Oscara za najlepszy oryginalny scenariusz, a kolejne przygody detektywa Benoita Blanca są kwestią czasu. Co za cholernie precyzyjny, fantastycznie zagrany i, co najważniejsze, szalenie zabawny film!

6.AVENGERS: KONIEC GRY (Avengers: Endgame, reż. Anthony Russo i Joe Russo). Huh! Tak się powinno kończyć wielotomowe sagi. Rozpisywanie się nad pomysłowością tego dzieła zajęłoby mi zbyt długo. To film, który perfekcyjnie kończy pewien etap MCU, będąc jednocześnie kinem rozrywkowym po prostu potrafi poruszyć, nie ucieka do tanich zagrywek i wywraca naszych ulubionych bohaterów do góry nogami. Mój ulubiony film rozrywkowy ubiegłego roku!

5.PEWNEGO RAZU W… HOLLYWOOD (Once Upon a Time … in Hollywood, reż. Quentin Tarantino). O ile w poprzednich swoich dziełach Tarantino składał hołd niszowym gatunkom filmowym, tak tutaj składa soje podziękowania dla czasów, które go ukształtowały. Pokazując nam pewną alternatywę, bawiąc się zastaną rzeczywistością. To jest dzieło, którym Quentin spełnia swoje marzenie jako osoba, która kiedyś się tym wszystkim mocno jarała, a teraz sama to tworzy. Mi tam się podobało i Oscar dla Pitta musi być!

4.JOKER (reż. Todd Phillips). O tym filmie powiedziano już wiele, napisano jeszcze więcej, z miejsca stał się popkulturowym fenomenem, wywidnowanym we wszelakich podsumowaniach na topowe miejsca. Wy już wiecie co jest w pierwszej trójce skoro Joker jest oczko niżej. Ale to nie jest film, którym powinniśmy się jarać i zachwycać w sposób, który mógłby nas zainspirować. I nie jest on pozbawiony wad, zerka w stronę Taksówkarza i Króla komedii Scorsese, ma jednak ten potężny blockbusterowy sznyt jednocześnie oferując sceny wielkiej artystycznej wagi. Oscary się posypią, Phoenix zabierze statuetkę do chaty. Hildur za muzykę też zgarnie. Ale czy jest to film roku? Hmmmm…

3.HISTORIA MAŁŻEŃSKA (Marrige Story, reż. Noah Baumbach). Zarzuty pod adresem Historii, że nie opowiada niczego świeżego są moim zdaniem bardzo nietrafione. Nie przypominam sobie, bym wcześniej czuł się jak podglądacz, nieproszony gość w życiu w sumie zwyczajnego małżeństwa. Driver i Johansson są powalający, Laura Dern dogrywa swoje, muzyka się leje na serducho. To jest dzieło, w których nie ma jednoznacznego wskazywania winnych, a i miłości między bohaterami nie brakuje, mimo, że być już ze sobą nie mogą. Film wielkiej wagi, bardzo potrzebny i otwierający oczy, że nie zawsze powinno się być razem, nawet jeśli próbuje się to ratować. Film produkcji Netflixa.

2.THE LIGHTHOUSE (reż. Robert Eggers). Twórca The VVitch dostarczył film cholernie wieloznaczny, którego esencję trudno uchwycić w słowach. Jest to horror pełną gębą, jest to tragedia, groteska, rzecz o męskości i szaleństwie, o bezsensie pewnych czynności, o podążaniu za zwodniczym światłem. Dafoe i Pattinson wręcz się tu pojedynkują i jeden drugiemu nie ustępuje. To jest zdecydowanie jeden najbardziej zrytych, pokręconych, piorących łeb filmów zeszłego roku. Jednocześnie doceniony przez akademię za zdjęcia, co bardzo cieszy, bo to jest dzieło od szaleńca dla szaleńców. Symbolika, estetyka, historia, konsekwentne szlifowanie swojego stylu. Strach pomyśleć co będzie w jego trzecim filmie.

1.PARASITE (Gi-saeng-chung, reż. Joon-ho Bong). Najlepszy zwycięzca Złotej Palmy w Cannes od czasu Pulp Fiction? Takie hasło towarzyszyło promocji tegoż filmu, który w kinie widziałem dwukrotnie. Kompleksowe dzieło, w swej wymowie uniwersalne, acz z pierwiastkiem tarantinowego szaleństwa. To, że film ten ma sześć nominacji do Oscarów to jest wielkie zwycięstwo Bonga samo w sobie. Film o konstrukcji wręcz szkatułkowej, idealny od początku do końca, szokujący, rozbawiający ale i przygnębiający. Kibicuje mu ze wszystkich nominowanych produkcji najmocniej i serdecznie polecam, jeśli jakimś cudem nie oglądaliście!

Reklamy

Stanley

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: