google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: DOKTOR DOLITTLE | Zwierzątka i skacowany Iron Man na emeryturze

RECENZJA: DOKTOR DOLITTLE | Zwierzątka i skacowany Iron Man na emeryturze
Reklamy

Opowiem Wam pewną historię. Dawno, dawno temu urodził się pewien Pan. Ten Pan w pewnym momencie swojego życia postanowił zostać aktorem. I to nienajgorszym. W 1992 roku nawet otrzymuje nominację do Oscara za kreację Chaplina. Niestety ów Pan statuetki nie zgarnia. I właśnie dochodzimy do tego smutnego momentu, kiedy bohater naszej historii wybiera inną ścieżkę kariery. Tu sobie zrobi rozróbę, a tu sobie pozwoli na jakieś aresztowanko, gdzieniegdzie pozażywa sobie narkotyków czy zwiększy swojego skilla w piciu bourbonów i innych napojów wyskokowych. Trzeba przyznać, że całkiem niezły początek. Na szczęście mądrzy ludzie nie postawili na nim krzyżyka, między innymi Jon Favreau, który tworzy z upadłego aktora Iron Mana. Co jednak się stanie, kiedy Człowiek z Żelaza odejdzie na emeryturę? I tu zmierzamy do końca tej krótkiej przypowiastki. Otóż, trzeba zacząć znowu pić. A przynajmniej tak wygląda Robert Downey Jr., grający tytułową postać w Dr. Dolittle. I mam wrażenie, że nie tylko on był pod wpływem podczas kręcenia tej produkcji.

Idąc na ten film nie spodziewałem się fajerwerków. Byłem świadomy tego, do kogo ten obraz jest skierowany. I ślę informacje – dzieciaki pewnie wyjdą z seansu zadowolone. Są zwierzaczki, się dzieje się, są zwierzaczki, jest nawet smok, jeszcze raz się dzieję się i są znowu zwierzaczki! I to takie, które sobie ze sobą ochoczo rozmawiają. I gdzieś wśród tych wszystkich papug, goryli, mrówek i gąsiorów wyłania się jakaś ochlajmorda. I serio, Robert Downey Jr. ani nie jest estetyczny dla oka dla młodszej publiki, ani też przekonujący dla starszej widowni. Zachowuje się tak jakby był cały czas na kacu, a jego maniera często przypomina Jacka Sparrowa z Piratów z Karaibów. Miałem nieodparte wrażenie, że uzdolniony aktor czekał tylko, aż skończy się dzień zdjęciowy, aby w spokoju mógł się narąbać i w kącie opłakiwać swój koniec z Marvelowym światem. Niestety, ale główny filar filmu poszedł w rozsypkę, a z tego gruzu nie ma za bardzo co zbierać, tym bardziej, że to wcale nie Downey jest największym mankamentem.

Przede wszystkim radośnie leży i kwiczy scenariusz. Film za pomocą animowanych sekwencji opowiada nam w telegraficznym skrócie historie Doktora Dolittle. Opowieść jest całkiem dobrze znana – opowiada o inteligentnym gościu, który potrafi gadać ze zwierzętami, leczy je i wspólnie przeżywa z nimi beztroskie chwile. Ów lekarz zakochuje się w pięknej kobiecie, następnie traci ją w tragicznej katastrofie. Nie mogąc sobie poradzić ze stratą zaszywa się w swoim przybytku i odmawia kontaktu z ludźmi. I cały ten wstęp pomimo szybkości przedstawionej genezy ma w sobie dużo uroku. Ten urok kończy się, kiedy obraz zmienia formę na film fabularny. Widzimy Dolittle’a, przypominającego człowieka prehistorycznego, gadającego ze swoim pupilami. Jego spokój zostaje zmącony, kiedy zmuszony jest do opuszczenia murów swojej samotni, ogolenia się i odbycia podróży, aby znaleźć lek dla ciężko chorej, młodej królowej Anglii. Będzie mu pomagał randomowy chłopak, który przypadkiem znalazł się w jego życiu. I to wszystko w jakieś 10 minut!

Pyk, pyk, pyk nie ma czasu na głupoty, trzeba wrzucić w film jak najwięcej przygód, intryg i podróży. Relacje między bohaterami – nie istnieją. Relacje miedzy zwierzakami – gdzieś tam są, ale nieźle ukryte. Motywacje – znikome. Ciąg przyczynowo – skutkowy – scenarzyści postarali się, aby wybrać jak najprostszą drogę na skróty. Twórcy więcej w filmie opowiadają, niż pokazują. Po co przedstawić karkołomną podróż statkiem i podstępne dostanie się do strzeżonej twierdzy? Przecież lepiej to opisać słowami i zaoszczędzić trochę czasu. Kuleje wiele elementów: od szybkich podróży między lokacjami, poprzez ekspresową naukę młodego dzieciaka mowy zwierząt, a kończąc na pojawianiu się kolejnych postaci. Są one wprowadzane tylko po to, aby w filmie było więcej pościgów, czerstwych rozmów i pretekstów do „wysublimowanych” żartów. I jeszcze jakby te wszystkie sceny były przyjazne na oka. Skoro już twórcy wymyślili taką wariację przygód Doktora Dolittle, to mogliby się postarać i stworzyć coś kreatywnego. CGI zwierzaków działa tylko wtedy, kiedy są nieruchome (wiewiórka na początku wygląda nawet nooooice), jednak gdy łączą się z dynamicznymi scenami akcji to już tak kolorowo nie jest. Ewidentnie czuć problemy produkcyjne i brak jakiejkolwiek wizji. To zlepek koszmarnie wyglądających ruchomych obrazków: bez odpowiedniego tempa, montażu i podstawowych zasad tworzenia przyjemnego kina rozrywkowego dla całej rodziny.

Nie chce wyjść na starego dziada, który nie pamięta swoich młodzieńczych lat. I pewnie mając 5-7 lat film sprawiłby mi dużo frajdy. Śmiałbym się z różnych żartów dziwnej treści, typu wyciągania dud z dupy smoka, nie mówiąc już o puszczaniu gazów przy tym. Przyznaje…kupa śmiechu. Wspominałem, że humor nie jest najwyższych lotów? I wiadomo, zwierzątka zawsze spoko, ale z drugiej strony byłem nieco znużony, bo film często gubi tempo i potrafi nudzić. W dzisiejszych czasach jest to tytuł totalnie przestarzały, a najbardziej szkoda mi aktorów. Zespół dubbingujących to konkrety skład gwiazd z najwyższej półki. Z kolei „ludzka” obsada musi mieć masę długów, skoro po przeczytaniu scenariusza uznała, że warto wziąć udział w tym projekcie. To nawet na papierze musiało wyglądać niezbyt dobrze. Rozumiem, że Robert w roli producenta bardzo chciał spełnić swoje marzenie, aby zagrać Doktora Dolittle, ale co kierowało Michaelem Sheenem, Antonio Banderasem czy Jimem Broadbentem to już nie mam pojęcia.

Studio Universal już drugi raz w tym roku zalicza totalny flop. Śpiewające Koty nie wydrapały sobie ani dobrych recenzji, ani odpowiednich pieniędzy. I niestety, kolejnym ciosem jest Doktor Dolittle, który spotkał się z bardzo podobnymi problemami. Ode mnie 3/10 i to tylko dlatego, że dzieci na sali wydawały się rozbawione, więc idąc tym tropem publika w okolicach 7 lat pewnie będzie dobrze się bawić. Starsi widzowie nie mają tutaj czego szukać.

Ponton 3/10

Marcin Ponton Gontarski

Fan kina i seriali. Krążą plotki, że wszystko co jest w odcinkach to obejrzy. Dementuje i po kryjomu ogląda, Zazwyczaj się przyznaje i o tym opowiada. Lubi gadać, nawet nagrywa i wrzuca w formie podcastu na YouTube. Przede wszystkim szuka kreatywności w świecie filmu i telewizji, czegoś nowego, co przyśpieszy bicie jego filmowego serca. W wolnych chwilach ogląda seriale, chodzi do kina i gra na PS4.

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: