Reklamy

PŁYTOTEKA STANLEYA: Albumy, które ukształtowały mój gust muzyczny (część 1)

PŁYTOTEKA STANLEYA: Albumy, które ukształtowały mój gust muzyczny (część 1)

Mam ponad 30 lat. Swoją przygodę ze słuchaniem muzyki świadomie, z wyboru, a nie dzięki wszędobylskiemu RMF czy innemu Radiu Zet zacząłem bodajże we wrześniu 2004 roku kiedy to w moje ręce wpadł Teraz Rock ze składanką utworów, które obecnie niemal wszystkie znam na pamięć. Wtedy posiadałem magnetofon oraz discman, a swoje ograniczone poszukiwania muzyczne, na komputerze stacjonarnym, realizowałem u grającego non stop w Diablo kuzyna. Teraz kuzyn ma rodzinę, a ja stos płyt i kaset, które są markerami mojej muzycznej drogi. Co ciekawe w doborze artystów pomagał mi też mocno program 4Fun TV. Moje wspomnienia na temat tego kto był pierwszy i w jakiej kolejności czego słuchałem są dość mgliste, ale doskonale pamiętam jakie uczucia mi towarzyszyły podczas pochłaniania tych wszystkich, po dziś dzień wspaniałych, krążków. Ale zacznijmy od początku…

LINKIN PARK – Meteora (2003). To jeden z tych albumów, których mogę słuchać w całości z nie schodzącymi z rąk ciarkami. Kasetę zajechałem niemiłosiernie, podobnie jak Hybrid Theory i Reanimation. Ale to Meteora była pierwsza i stymulowała mnie do darcia mordy i udawania, że śpiewam przed wimaginowaną publicznością. To także był album, który pomagał mi pozbywać się negatywnych emocji, rozkręcany na cały regulator. Moja miłość do LP nie słabła przez kolejne lata, doceniałem albumy mające niewiele wspólnego z ich „edgy” obliczem. Po dziś dzień uważam, że ich szczytowym osiągnięciem jest koncept stojący za A Thousand Suns, albumem mieniącym się od poszukiwań i utworów cholernie jak na nich nieoczywistych. W swoim życiu udało mi się ich raz zobaczyć na żywo, we Wrocławiu w 2014 i choć pamiętam swoją irytację względem skracania utworów dziś doceniam, że ich widziałem na koncercie. A i doceniam dziś bardziej mięciutkie One More Light, które w warstwie tekstowej było desperackim wołaniem o pomoc. Po śmierci żadnego innego artysty tak nie płakałem, nie byłem tak sparaliżowany. Wiem, że nie przyszliście tu po wyznania, tylko po muzykę, ale trudno mi to w sobie zdusić, jeśli mam okazję by o tym napisać. A teraz posłuchajmy.

LIMP BIZKIT – Chocolate Starfish and the Hot Dog Flavores Water (2000). Jasne, przeszedłem etap zachwytu nad bucowatym, „duszbagiem” jakim jest Fred Durst. Lider LB był nienawidzony przez swoją nieskromność i samozwańcze określanie się jako króla rap metalowej/nu-metalowej sceny. To było zanim poznałem RATM, czy dowiedziałem się o istnieniu takich grup jak Dog Eat Dog lub Clawfinger. Bizkici, co by o nich jako o ludziach nie mówić, mieli zmysł do bangerów, które (tak, to tylko moje zdanie, spokojnie) bronią się do dziś i wręcz powinny być częścią każdej rock’n’rollowej imprezy. Na żywo też dają radę, widziałem dwa razy, a że się nie mogą nowym krążkiem uporać…? Pytanie jak bardzo jest nam on potrzebny…

KORN – Take A Look In The Mirror (2003). Nastolatkiem będąc myślałem, że to jest cholernie mroczne i schizofrenicznie granie i… cóż. , dalej tak uważam, choć ostatnie dokonania grupy to już zdecydowanie nie to samo. Korn na tym albumie pokazał wszystkim środkowy palec nagrywając album formalnie prosty, bezpośredni, skierowany do hejterów Untouchables, który także zman na pamięć. Zresztą od debiutu Take A Look… to był wzorcwy nu-metalowy zespół, który pogubił się nieco przy okazji See You On The Other Side. Do dziś pamiętam paskudny klip do Right Now i demolkę w sklepie w teledysku do Y’all Want A Single. I w sumie to zwisa mi obecnie czy ten bunt był wykalkulowany czy szczery. Liczył się rozpierdol i emocje, w które wierzę im do dziś. Na żywo widziałem ich dwa razy, autograf od Jonathana mam, piątkę z nim zbiłem, cóż mogę więcej chcieć jako fan ich najlepszego okresu? Grają dla kolejnych pokoleń, dalej umieją nagrywać utwory wielkie (Black Is The Soul moi drodzy państwo chwyta mnie za gardło za każdym razem), i właściwie nie mają na koncie albumu jakoś wybitnie wstydliwego (serio, cenię niektóre wyskoki na The Path Of Totality). Szacunek i miłość za wszystkie dokonania i działalność mimo przeciwności losu, jesteście wielcy panowie.

SYSTEM OF A DOWN – Toxicity (2001). Podejrzewam dlaczego SOAD nie chce wydać nowego albumu. Nowe utwory nagrane w zupełnie innej, także politycznej epoce, mogłyby zostać odczytane jako odfajkowane oczekiwań, jako komentarz bez bezdyskusyjnie potężnej mocy jaką niosło że sobą Toxicity. Szczerze wątpię czy udałoby im się przebić zaraźliwą taneczność i progresywność Mesmerize/Hypnotize. Ten zespół podobnie jak Rage Against The Machinę kontestował rzeczywistość kiedy miał ku temu powody. Znam każdą nutę, każdą pauzę, każdy jęk i zawodzenie duetu Tankian-Malakian. I nie potrzebuję żadnego post scriptum do tego co po sobie pozostawili. Nie mówię, że to byłoby złe, sprzedałoby się na pniu, jasne, ale czy byłoby pamiętane jak ten album, któremu w przyszłym roku stuknie 20 lat? Śmiem wątpić. Na żywo ich jeszcze nie widziałem, ale wierzę, że mi się uda!

P. O. D. – Satellite (2001). Bardzo lubię do ich muzy wracać bo mają ten pozytywny vibe i owszem mam tu prochrześcijańskie przesłanie, na szczęście nie wciskane na siłę do gardła. Trafił im się w karierze jeden przepotężny hymn, zaktóry mają mój love po grobową dechę – Youth of the Nation. Jednak tutaj każdy kawałek chodzi jak w zegarku i mimo, że P. O. D. szczyt kariery mają za sobą, to na ich koncet bym pędził, że cho cho. Wierzę, że Juras ich kiedyś ściągnie na Wood… Oooops! Pol’and’Rock! Pasowaliby tam idealnie!

SLIPKNOT – Iowa (2001). Mój pierwszy kontakt ze Slipknotem miałem jakoś w gimnazjum, na lekcji informatyki, gdzie potajmenie oglądaliśmy Happy Tree Friends, graliśmy w Quake III Arena (już nie potajemnie, miły pan pozwalał nam w to łupać). Zespół objawił mi się więc pierwotnie na zdjęciach w sieci i plakatach dodawanych do… magazynu Popcorn. A potem, w końcu, usłyszałem Duality i już nic nie było takie samo. Chciałem posłuchać całości, ale przez pomyłkę kuzyn zgrał mi ich poprzedni album mówiąc przed wręczeniem go chłopie, czego Ty słuchasz… No powiem Wam, że byłem przerażony. Myślałem wtedy, że nikt bardziej chaotycznej i wkurwionej muzyki grać nie może. To było jak obcowanie z czymś wybitnie satanicznym, spokojniejsze fragmenty przyprawiały mnie o totalne ciarki, nawiedzeni zamaskowani popierdoleńcy, myślałem wtedy. Osłuchiwanie debiutu też było doświadczeniem granicznym nieco innego kalibru, a ukojenie przyniosła „trójeczka”. Dzięki Iowa łatwej mi się potem przyswajało nawet najbardziej złowieszczy death i black metal, w którym także znalazłem coś dla siebie, ale o tym w drugiej części.

DEFTONES – Saturday Night Wrist (2006). Jasne, znałem kilka wcześniejszych utworów Deftones, ale ten album zakupiłem jako pierwszy niedługo po premierze, nagrzany recenzją w Metal Hammerze (co to za rymy?) Moja miłość do White Pony dopiero miała nadejść… Nie mówiąc już o pozostałych, to zespół, który w moją wrażliwość trafia bez pudła. Głos Chino Moreno na zmianę kruszy ściany lub tuli do snu. A sama muzyka mimo ogólnie depresyjnego, melancholijnego wydźwięku jest przepiękna, nawet gdy dominuje w niej złość i frustracja. Ten album jest ich najbardziej eksperymentalnym, łapali się na nim za elektronikę, post rock czy metalcore jednocześnie pozostając po prostu Deftones. Miałem niesamowite szczęście widzieć ich na żywo w 2011, a ponownie zobaczę ich na Metal Hammer Festival. Dobrze jest żyć na tej samej planecie, na której żyją muzycy tej formacji, oj jak dobrze.

TOOL – 10.000 Days (2006). Dożyliśmy. Dożyliśmy dnia wydania Fear Inoculum, każdy z nas już zdążył sobie o nim wyrobić własne zdanie, rozczarować się lub zachwycić. Ponad 13 lat temu zacząłem na poważnie obcować z grupą muzycznych, nie boję się użyć tego określenia, wirtuozów. Równie ekscentrycznych i chętnie umieszczających na swoich albumach głupawe przerywniki, co komponujących muzykę otwierającą umysły, przenoszących dźwiękami do innego wymiaru. W 2001 zapewne słuchałem tego co mi radio grało, siłą rzeczy nie mając pojęcia o istnieniu takiego arcydzieła jak Lateralus. Dlatego chyba odrobinę bliższy jest mi emocjonalnie ten album, który kupowałem roztrzęsionymi rękoma eony lat temu w olsztyńskim Empiku. Co to za okulary? Co to za grafiki? Jak tego słuchać? Dla mnie to było objawienie, jakbym został wtajemniczony w jakiś muzyczny rutuał. Po rozgryzieniu tekstów zrobiło się jeszcze bardziej fatalistycznie, ale nie potrafiłem się oprzeć urokowi tych dźwięków. I po dziś dzień nie potrafię. Jakby mi ktoś powiedział w 2006, że w grudniu 2018 zobaczę na żywo A Perfect Circle, a pół roku później w tym samym miejscu Toola to bym śmiechnął rubasznie, a potem poszedł płakać w kącie. Tymczasem pozostaje mi czekać na kolejny koncert i dziarę w klimacie twórczości grupy. Samo życie.

RAMMSTEIN – Reise, Reise (2004). Bez ściemy przyznam, że dałem się porwać przez Amerikę, jak większość, dzięki wszędobylskiemu zapętlaniu na Vivie. Szorstki język, kwadratowa, marszową rytmika, masywne brzmienie, a mimo tego lekkość tanecznych kawałków… Co jest do cholery? Okazało się, że obcuję z zespołem o bardzo mocno określonej konwencji, czerpiącej z niemieckiej sceny industrialnej, której koncerty, jak przyszło mi się przekonać dwukrotnie to czysty ogień. Na kasecie posiadam zajechane Mutter, ale to krążek z czarną skrzynką mnie z nimi owsoił (choć Mein Teil) po dziś dzień straszy jak najlepszy horror.

MARILYN MANSON – The Golden Age of Grotesque (2003). Tym panem zaraził mnie właściwie redaktor Amov oraz soundtrack do Matrixa: Reaktywacji. Ten album, całkiem udany na tle późniejszych rozmemłań Mansona (od Palę Emperor znowu jest fajnie!) broni się i oferuje nomen omen groteskową rozrywkę, która sprawdziłaby się jako soundtrack do niestniejsącego i mocno pokręconego filmu Tima Burtona. Na żywo MM jest już chyba dość zmęczonym facetem, jego koncert mnie jakoś na Metal Hammer Festivalu nie porwał. Tak czy siak gość mi pomógł poznać takich oszołomów jak Rob Zombie czy Trent Reznor, za co wdzięczny jestem.

To by było na tyle, w drugiej części pochylę się nad znacznie ciężymi brzmieniami bardziej pokręconymi dźwiękami!

Reklamy

Stanley

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: