Reklamy

RECENZJA: PSY 3: W imię zasad. Co k***? Nic k****! – tego zabrakło.

RECENZJA: PSY 3: W imię zasad. Co k***? Nic k****! – tego zabrakło.

Drodzy czytelnicy! Nieustraszony bohater rodzimego kina akcji, czyli porucznik Franciszek „Franz” Maurer zaprasza Was do zapoznania się z recenzją filmu „Psy 3: W imię zasad” w reżyserii Władysława Pasikowskiego! Dzisiejszy tekst sponsoruje literka „K” jak… Klasyka Kina! Chociaż… chyba nie tym razem. Zaczynajmy!

Kino sensacyjne

„Co k***? Nic k***” – klasyczny skecz programu Pop Show pt. „Psy 3” niemiłosiernie szydził z linii dialogowych, jakie mogły pojawić się w kontynuacji cyklu. Seria „Psy” stała się niemal synonimem wulgarnego i bezpardonowego kina sensacyjnego, które to znacząco poszerzyło zasób niewybrednego języka, jaki od tamtej pory na dobre zagościł w rodzimej kinematografii. Jednak w 2020 roku ten zabieg nie robi na nikim większego wrażenia. Środek ciężkości współczesnych filmów sensacyjnych osadzony jest na zupełnie innych polach – współczesny widz liczy na mnogość zwrotów akcji i spójną narrację podjętych wątków, a niewybredne słowa mają być jedynie akcentem, który podkreśla stan emocjonalny, lub charakter bohatera. Pierwsze „Psy” zszokowały wielu swoją surowością, ordynarnym stylem i podjęciem tematów tabu, takich jak palenie akt przez byłych ubeków. Część druga (jak przyznał w jednym z vlogów Cezary Pazura) powstała tylko z uwagi na ogromny sukces finansowy swojego poprzednika. Trzeba jednak oddać, że spełniła swoje zadanie. Już pierwsze minuty dostarczyły nam mrożących krew w żyłach scen wojennej pożogi, a fabuła skupiła się na trudnym temacie handlu bronią. Znani bohaterowie posiadali niemal te same charaktery, trudno też mówić o jakiejkolwiek ich drodze, czy przemianie. Jednak ten sposób prowadzenia postaci był w pierwszej połowie lat 90 XX wieku zupełnie naturalny, a widownia była przyzwyczajona do podziwiania jednowymiarowych twardzieli na małym i wielkim ekranie. Co prawda część druga była przyjęta nieco chłodniej od swojego poprzednika, jednak spełniła podstawowe zadanie – szokowała i dostarczyła mocnych wrażeń. Sam Pasikowski wiele lat opierał się pokusie, aby wrócić do bezlitosnego świata byłych ubeków i gangsterskich potyczek. A jednak! Minęły lata, i legendarny Franz znów wkroczył do akcji. W imię zasad. Zasad rynku. Oczywiście – kino sensacyjne powinno zarabiać, ekscytować i dostarczać emocji – z tym nie ma dyskusji. Jednak problemy pojawiają się w momencie, kiedy kultowa seria, otoczona własną legendą, stara się kopiować styl sensacyjnych wyrobów filmo-podobnych Patryka Vegi. A styl wspomnianego reżysera polega niemal wyłącznie na prezentowaniu zbitek luźno powiązanych ze sobą „skeczy”, których jedynym zadaniem jest szokowanie za wszelką cenę, bez potrzeby tworzenia spójnej historii opartej o sensowny scenariusz.

z25597616V,Boguslaw-Linda-w-filmie--Psy-3-

Wyrwałem chwasta

Dialogi w „Psach” przeszły do kanonu kina. Nawet najbardziej toporne i szorstkie jak papier ścierny teksty z poprzednich filmów, miały w sobie niesamowitą siłę rażenia! Niemal każda z tych scen była na tyle mocna i konkretna, że na dobre zagościła w języku niesfornej młodzieży lat dziewięćdziesiątych. Takie powiedzenia jak: „A kto umarł… ten nie żyje” zostawały z widzami na długo. Legendarny monolog w scenie więziennej „spowiedzi” z dwójki, wypowiedziany przez Kudłatego z Kilera (Sławomir Sulej musi uwielbiać role osadzonych), był cytowany jednym tchem przez największych fanów serii! To właśnie za sprawą tej wulgarnej, oschłej i topornej narracji „Psy” zostały otoczone takim kultem! Jednak świat idzie do przodu, pojawiły się komputery, amfetamina i w części trzeciej coś przestało grać. Sceny dialogowe mają jedynie zapełnić czas ekranowy, liczne wątki nie otrzymują żadnej konkluzji, a relacja z nowym pokoleniem bohaterów przypomina zabieg znany z trzeciej odsłony filmu „Niezniszczalni”. Fakt – idąc na seans nie miałem zbyt wysokich oczekiwań. Jednak liczyłem na solidną porcję mocnej i obrazoburczej rozwałki, oraz kontynuację lubianego stylu z poprzednich odsłon serii. Dostałem jedynie odgrzany kolejny raz kotlet, polany mdłym sosem. „Psy 3: W imię zasad” mimo nostalgicznych odniesień do swoich poprzedników, nie mają tego pazura co dawniej. Scenariusz miejscami bardzo kuleje, co wybija z rytmu, a finał intrygi można było rozpisać na maksymalnie 5 minut solidnego kina sensacyjnego. Szkoda, bo po tej marce oczekiwaliśmy znacznie więcej!

2i2k9kpTURBXy8zODIyZWVhNzgzYWU4MTAwZDJiNmVkMTE2MmI1ZTVmMy5qcGeSlQPNARwKzQUEzQLSlQLNA50Aw8OCoTABoTEB

Linda w roli Lindy

I nie jest to zarzut! Bogusław Linda od wielu już lat („Powidoki” to wyjątek, który potwierdza regułę) wciela się w… Bogusława Lindę, ubranego w białą koszulę i czarną marynarkę, rodem z reklamy popularnego napoju wyskokowego z drogiego pisma. Zimny i oszczędny w słowach twardziel – za to go uwielbiamy! Aktor jest w zaskakująco dobrej formie, mimo podeszłego (jak na standardy kina akcji) wieku. Do roli „Nowego” powrócił Cezary Pazura, który był jednym z najjaśniejszych elementów części trzeciej i którego gra aktorska wniosła sporo życia do obrazu. Jednak zacne nazwiska w obsadzie nie wystarczyły, aby kolejny film o losach tytułowych „Psów” grał na innych nutach, jak tylko nostalgii. Nowe pokolenie bohaterów nie dostarcza nam równie wyrazistych postaci, a ich poczynania i relacje ze starą gwardią nie powodują większego zaangażowania u widzów. Tym razem „Psy” mają mocno upiłowane kły, są ospałe i przez większość czasu ekranowego snują się po stronach nijakiego scenariusza. Miejscami próbują zaskoczyć widza tym, co i tak wszyscy już znamy od lat. W filmie zabrakło spójnie poprowadzonej historii i energii. Kontynuacja była zupełnie zbędna i nie wywołała takich odczuć, jakie towarzyszyły nam podczas seansu poprzednich części. Punkt za Lindę w roli Lindy – to zawsze działa. Punkt za Pazurę, który dostarczył sporo dobrego humoru. Punkt za kilka ładnych ujęć. Punkt za jak zawsze dobrą muzykę. Werdykt:

4/10

Reklamy

Łukasz "Amov" Jefimow

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: