google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

ANALIZA: Trailer do 365 DNI. Czy będzie to bardzo szkodliwy film?

ANALIZA: Trailer do 365 DNI. Czy będzie to bardzo szkodliwy film?
Reklamy

Postać Blanki Lipińskiej budziła skrajne emocje już w 2018 roku kiedy to jej „powieść”, że się tak wyrażę, szturmem wdarła się na listy najlepiej sprzedających się książek. Patryk Vega wśród pisarzy – tak ją sobie w głowie określam, bowiem jest to osóbka znakomicie czująca koniunkturę, „artystka”, która zapełniła pewną pokraczną niszę okropnie napisanych erotyków. Nie da się ukryć, że autorka wstrzeliła się w pewną lukę, która pozostała po zakończeniu naszej wielkiej przygody z Greyem. Film adaptujący jej oderwaną od rzeczywistości prozę jest więc, podobnie jak filmy Vegi, skazany na sukces. Pytanie brzmi, czy będzie on utrwalać pewne moralnie wątpliwe wzorce? Postanowiłem poddać trailer do dzieła w reżyserii pani Barbary Białowąs analizie, bowiem wśród komentujących go nie brakuje osób bijących na alarm, że oto powstał film społecznie szkodliwy.

Produkty tego typu jak powszechnie wiadomo nie są skierowane do zwolenników kina ambitnego i oczywiście póki jest na nie popyt mają swoją ułomną rację bytu. Parafrazując znane powiedzenie: jeden lubi mongolskie dramaty obyczajowe, inny jak mu Zenek gra oczy zielone. Rzecz w tym, że bunkrowanie się przed dyskusją używając argumentu „o gustach się nie dyskutuje” moim zdaniem ma zatkać usta wszystkim, którzy cierpią na niedobory filmów wymagających skupienia i zmuszających do refleksji po seansie. Kino rozrywkowe jest jak najbardziej potrzebne, lekka, harlekinowa lektura jest w stanie rozładować stresy dnia codziennego, telenowele pozwalają zresetować mózg. Schody zaczynają się jednak w momencie kiedy fabuła produkcji stricte nastawionej na kasę i rubaszną rozrywkę zaczyna oscylować wokół podważania pewnych wartości uważanych powszechnie za żelazne.

GLORYFIKACJA „KULTURY” GWAŁTU?

Fabuła 365 dni traktuje o niezdrowej relacji między porwaną kobietą a gangsterem, który daje jej rok by się w nim zakochała. Oczywiście będziemy świadkami krótkiej moralnej walki naszej bohaterki, która zostaje zmuszona do okazywania uczuć porywaczowi. To nie jest żadna nowość w literaturze, kinie, popkukturze, syndrom sztokholmski się to zowie, lecz z tą różnicą, że empatia i sympatią wobec osoby porywającej nie jest wbijaja do głowy łopatą. I na pewno też nie przymusowym seksem. W komentarzach aż huczy od podkreślnia, że historia wymyślona przez Lipińską poza rozbudzaniem fantazji erotycznych usprawiedliwia przedmiotowe traktowanie kobiet i utrwala stereotyp antybohatera, któremu Kryszczian mógłby buty pucować. Problem w tym, że marzącym o porwaniu, wzdychającym do skrajnie nierealistycznego Massima paniom gdzieś to umyka. Czy jednak powinniśmy się bać tego filmu jako szkodliwego społecznie, podburzającego do porwań i gwałtów? Na chwilę obecną, po obejrzeniu samego trailera moja odpowiedź brzmi: NIE.

JAK ROZBROIĆ TEN FILM?

Jeśli macie obawy o to, że ten film będzie utrwalać wykrzywiony do granic możliwości obraz relacji międzyludzkich to możecie, acz oczywiście nie musicie, ugryźć go z tej samej strony co ja i zamiast dolewać oliwy do ognia zgasić go wytykając mu wszystko co najgorsze a co już widoczne w samej zajawce. Dialogi to czysty koszmar, angielszczyzna bohaterów woła o pomstę do nieba, a gra aktorska… Zaczynam doceniać to co próbowali wycisnąć ze swoich postaci Dakota Johnson i Jamie Dornan, którzy złymi aktorami ogólnie rzecz biorąc nie są. Zamiast więc protestować przeciwko patologizacji wartości, które będą pod płaszczykiem rozbudzania wewnętrznych bogini i bogów seksu, w tym filmie deptane, lepiej zdeptać i zakopać głęboko to coś zanim złoży kolejne jaja, od strony wykonania. To będzie bowiem idealny materiał na paździerz u Sfilmowanych oraz jeden z najlepszych odcinków Masochisty, Mark my words. I najlepiej będzie jeśli odpuścicie sobie dyskusje z fanami serii, bowiem dojście do porozumienia z osobami zafascynowanymi serią mija się z celem, najlepszą obroną będzie brak nakręania ich na obronę filmu. Wojna na argumenty jest tu bowiem bardzo nierówna, nie zbijecie fascynacji fabułą pisząc o kiepskim warsztacie autorki, dla zwolenników jej twórczości to żaden atak.

QUO VADIS POLSKIE KINO?

Na koniec moich rozważań dodam, że ten film jest szkodliwy przede wszystkim dla polskiej kinematografii w równym stopniu co wykwity Vegi. Przez takie produkty o polskim kinie pokutuje założenie, że nic ciekawego się w nim nie dzieje, widz z wyrobionym gustem polskie kino omija bowiem źle mu się kojarzy, ma przeświadczenie o tym, że nic ciekawego się w nim nie dzieje, a wszystko co wartościowe sprowadza się do mrocznych dzieł Smarzowskiego. W polskim kinie niestety musimy mocno kopać, do oficjalnej dystrybucji, takiej multipleksowej trafia dobrych produkcji kilka na krzyż, a cała reszta „skazana jest” na kina studyjne lub ich żywotność ma swoje pięć minut na festiwalach dla koneserów. Smutne, ale prawdziwe, przez najbliższe lata dalej będzie dominować papka, nie oszukujmy się, tylko w lutym wjedzie jeszcze Zenek i Vegeta, a przecież cały czas skrobiemy z butów gówno po Futrze z misia. Ode mnie tyle na dziś, piszcie o swoich odczuciach względem zajawki do 365 dni!

Stanley

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: