google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: MOTHERLESS BROOKLYN. Kompulsywne śledztwo.

RECENZJA: MOTHERLESS BROOKLYN. Kompulsywne śledztwo.
Reklamy

Muszę pochwalić Edwarda Nortona za ambicję. Wybierając na swój drugi film ekranizację kryminału neo-noir od razu naraża się na porównania z takimi dziełami jak Chinatown czy L.A Confidential. I choć czuć u niego elementy naśladowczej fascynacji, to ostatecznie wychodzi z tego starcia obronną ręką.

Osierocony Brooklyn jest dosyć niespotykanym dziełem jak na właśnie kończącą się dekadę. Dwu-i-półgodzinny czarny kryminał, pełen tajemniczych postaci, wątków pobocznych i nieuchwytnych spisków. Ostatnią tego typu produkcją jaką jestem w stanie sobie przypomnieć był chyba Fincherowski Zodiac. W ostatnich latach neo-noir znacząco odeszło od tropów znanych z klasycznych czarnych kryminałów. Stały się przeważnie produkcjami o prostszych fabułach i krótszych metrażach, nawiązujących do swoich protoplastów głównie warstwą wizualną czy ogólnym uczuciem beznadziei. Ten trend dał nam tak wspaniałe tytuły jak Drive czy seria John Wick. Jednak fani klasycznych opowieści o pochłaniających tytoń i whiskey, smutnych detektywach w kapeluszach – pozostawali w stanie postu.

Osierocony Brooklyn wydaje się być wyrazem tęsknoty Nortona za tego typu historiami. Jest tu wszystko czego można by spodziewać się po pełnokrwistym czarnym kryminale. Narracja z offu, hipnotyzujący jazzowy soundtrack, eleganckie płaszcze, tajemnicze kobiety i potężni politycy. No właśnie, jest tu to wszystko, ale ciężko pozbyć się wrażenia, że to tylko kopia starych filmów bez własnej tożsamości. Najlepiej chyba reprezentują to zdjęcia Dicka Pope’a. Uznany operator oferuje nam tu wiele wysmakowanych, subtelnych kadrów, jednak film nakręcony jest na cyfrze, zamiast starej, dobrej taśmy. W oczy rzuca się lekka plastikowość tekstury obrazu. Wszystko wygląda niby tak, jak powinno, jednak czuć zapatrzenie się w przeszłość, szczególnie we wspomniany we wstępie film Polańskiego. Nortonowi-reżyserowi brakuje tutaj nieco wyrafinowania. Na szczęscie Norton-scenarzysta i Norton-aktor, ratują projekt przed porażką.

Fabuła również wydaje się dość standardowa. Lionel Essrog to prywatny detektyw pracujący dla starego wyjadacza, Franka Minny (Bruce Willis, któremu tym razem nawet chce się trochę zagrać). Podczas szemranej akcji mentor Lionela zostaje zabity, a on sam nie spocznie, póki nie rozwiąże zagadki jego śmierci. To klasyczny zapalnik tego typu historii. Elementem wyróżniającym film Nortona od reszty, jest główna postać. Lionel bowiem ma dobry powód dla którego nie może odpuścić sobie rozwiązania tej zagadki. Cierpi na zespół Touretta. Schorzenie to samo w sobie składa się głównie z niekontrolowanych tików fonicznych i motorycznych, lecz często występuje w tandemie z zespołem obsesyjno-kompulsywnym lub ADHD. Dlatego śmierć jego przyjaciela jest dla bohatera czymś, co nie daje mu spokoju, a pomszczenie go jest dla niego szczytowym priorytetem. Oczywiście na potrzeby atrakcyjnej narracji, przypadłość bohatera jest podkręcona, przypominając raczej syndrom sawanta niż jedynie zaczepienie na perfekcyjnym wykonywaniu drobnych rytuałów. Ta licencia poetica jednak nie uwiera zbyt mocno, ponieważ w obrazie wyczuwalna jest wielka empatia dla naszego nietypowego bohatera.

Sam reżyser świetnie wciela się w postać głównego bohatera, bardzo realistycznie przedstawiając natręctwa i kompulsje swojego bohatera. Na szczęście nie popada w przesadę, jak inny aktor, który w tym roku zrobił z siebie pajaca w wielce przereklamowanej roli w wielce przereklamowanym filmie, spłaszczającym i bagatelizującym prawdziwe problemy i wykluczenie osób chorych psychicznie. Lionel w wykonaniu Edwara Nortona jest poczciwym facetem, który mimo bardzo wyraźnych odchyleń, nie pozwala wmówić sobie, że jest do niczego.

Penn Station as recreated in Warner Bros. Pictures’ drama “MOTHERLESS BROOKLYN,” a Warner Bros. Pictures release.

Chęć uzyskania sprawiedliwości dla jednego z nielicznych ludzi, którzy traktowali Lionela jako coś więcej niż śmieszne i irytujące kuriozum jest fantastyczną motywacją. Zaś jego relacją z również cierpiącą z powodu wykluczenia mulatką Laurą (przeurocza Gugu Mbatha-Raw) jest o wiele ciekawsza od dosyć standardowej intrygi. Na szczęście emocjonalny wątek bycia wzgardzoną mniejszością sprytnie łączy się z centralnym spiskiem. Gdy okazuje się, że w grę wchodzi gentryfikacja i wysiedlanie mniejszości etnicznych przez potężnego białego polityka, działać zaczyna jedno z podstawowych założeń kina noir. Bohaterowie tych opowieści zawsze są underdogami, którzy uparcie walczą z siłami wyższymi. Film ciekawie ukazuje, że pycha i zadufanie w sobie potężnych może i nie doprowadzi szybko do ich upadku, ale niedocenianie maluczkich na pewno ich zaboli. Nieważne, czy jest się osobą cierpiącą na zaburzenia psychiczne, czy mieszaną rasowo sierotą, największe niepełnosprawności czy ciężkie sytuacje życiowe mogą stanowić najskuteczniejszą broń.

Osierocony Brooklyn może jest nieco przydługim filmem, usilnie starającym się emulować atmosferę wielkich klasyków, ale jego emocjonalna wrażliwość sprawia, że to udany seans. Na przykład niżej podpisany, jako osoba dotknięta podobnymi problemami jak Lionel, cieszy się z takiego przedstawienia sprawy. Walka z niedogodnościami może nie zawsze kończy się absolutnym zwycięstwem jak w naiwnej bajce, ale daje nadzieję, że można coś w tym świecie naprawić, szczególnie wyciągając rękę do innych cierpiących. Nie jest to wszystko czego można zapragnąć, ale wystarczy. Tak samo jak pierwszy film Nortona od 20 lat, który zapowiada lepsze produkcje w przyszłości.

Earn: 6+/10

trojanowsky

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: