Reklamy

RECENZJA: HISTORIA MAŁŻEŃSKA. Razem osobno.

RECENZJA: HISTORIA MAŁŻEŃSKA. Razem osobno.

W rękach przeciętnego reżysera film taki jak Historia małżeńska byłby nieznośnie kiczowatym, nudnym, przewidywalnym i przedramatyzowanym wabikiem na Oscary. Jest jednak nieoczywistym, delikatnym, powściągliwym obrazem, wygrywającym na sercu widza całe symfonie. Bo nie nakręcił go przeciętny reżyser, a Noah Baumbach, jeden z najlepszych obserwatorów współczesnego życia.

W przeszłości nowojorski reżyser dowiódł już, że na wylot zna słownik ludzkich zachowań, cech i wad. Na przykład we Frances Ha i Opowieściach o rodzinie Meyerowitz przedstawił historie osób bardzo specyficznych, które jednak rezonują z dużą grupą odbiorców. To filmy jednocześnie hermetyczne i uniwersalne. Można przypuszczać, że to dlatego, że wszyscy mamy jedną cechę wspólną. Jesteśmy ludźmi.

Przez to największą siłą Historii małżeńskiej jest to, co potencjalnie mogło być jej największą wadą. To w sumie historia stara jak świat, która również w kinie została porządnie przerobiona przez chociażby Oscarową Sprawę Kramerów. Na szczęście Baumbach odznacza się świeżym podejściem do sprawy.

Historie o rozwodach zazwyczaj prezentowane są jako batalie przyjaciół, którzy zostali wrogami. Bardzo zbliżonymi gatunkowo do dramatów sądowych. Satysfakcja widzów w tych produkcjach wynikała z podziwu, jak ludzie tak sobie bliscy, mogą zacząć się nienawidzić. W Historii małżeńskiej mamy do czynienia z wrogami, którzy chcą pozostać przyjaciółmi. Geniusz twórcy tkwi tu w zrozumieniu, że prawdziwym wyzwaniem nie jest rozstanie, lecz pozostanie razem. Staje się to zrozumiałe od samego otwarcia filmu, w którym słyszymy jak para bohaterów czyta listy opisujące, za co kochają swojego małżonka, połączone z wizualnymi dowodami ich uczuć. Okazuje się, że to tylko projekcja ich umysłów, bo choć mediator zlecił im przeczytanie tych listów sobie nawzajem, jest to dla nich zbyt bolesne.

Definitywny powód rozstania Charliego i Nicole nigdy nie jest podany na tacy. Ludzkie relacje są zbyt skomplikowane, by można było je zniszczyć jednym gestem. To raczej przypadek śmierci przez tysiąc małych cięć. Bitwy pomiędzy Id a Superego, pomiędzy bolesnym uczuciem niewygody, a świadomym zrozumieniem, że nie jest to najgorsze życie. Niestety, żeby zerwać mocne więzy, czasem trzeba zranić się jeszcze mocniej. W tym najbardziej uwidacznia się wizja Baumbacha, kiedy wprowadza on do gry prawników rozwodowych, którzy widzą problem bohaterów jako grę, w której liczy się tylko zwycięstwo. Między rozwodnikami tworzy się wtedy niechętna wojna, która rzuca cień na ich poprzednie, szczęśliwe lata i wywiera piętno na ich małym synku. Możemy śmiać się z problemów pierwszego świata w internecie, ale jednak brak poczucia własnej wartości, celu w życiu i wzorów do naśladowania potrafią dać się we znaki.

Nie jest to kino opierające się na stronie formalnej, więc cały ten ładunek emocjonalny byłby na nic, gdyby nie wybitne aktorstwo całej obsady. Adam Driver i Scarlett Johansson oboje grają tu swoje życiówki. Każde drgnięcie ich warg, każda fałszywa nuta w załamującym się głosie i każdy niezręczny uśmiech uderza w emocje widza. Tym większe wrażenie robi powściągliwa reżyseria Baumbacha, który nie zmusza swoich bohaterów do krzyku, a raczej napawa się każdym cichym momentem zrozumienia między rozerwaną parą. Żadna sytuacja nie jest jednoznaczna, więc reżyser zgłębia tutaj dostosowanie się bohaterów do nowej sytuacji życiowej. Historia tej dwójki zdaje się istnieć przed akcją filmu, a także trwać po jej zakończeniu.

W ten sposób całe trio snuje historię, która na przemian rozdziera serce i zszywa je z powrotem. Ta próba zachowania normalności w sytuacji rozpadku jest czymś, z czym każdy z nas może się utożsamić. Jest to pewien powrót do klasyki kina, sprzed czasów wysokich konceptów filmów superbohaterskich czy post-horrorów. Bo w naszym pościgu za coraz bardziej wymyślnymi historiami zapominamy, że nadal nie rozumiemy do końca własnych emocji i uczuć. Historię małżeńską ogląda się nieco jak ponad dwugodzinny teledysk do I Want It That Way zespołu Backstreet Boys. I mam to na myśli w najbardziej pozytywny sposób. Rozsiądźcie się w kinie bądź na kanapie przy włączonym Netflixie i dajcie się wzruszyć, rozśmieszyć, załamać i znowu pozbierać.

Earn 10/10

Reklamy

trojanowsky

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: