google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: COLOR OUT OF SPACE. Kosmiczny terror prosto ze SPLAT! FILM FESTIVAL

RECENZJA: COLOR OUT OF SPACE. Kosmiczny terror prosto ze SPLAT! FILM FESTIVAL
Reklamy

Jestem wielkim fanem H.P Lovecrafta i gatunku, który praktycznie własnoręcznie stworzył, czyli Cosmic Horroru. Opowieści o bezradnych ludziach wpadających w objęcia sił, których człowieczy umysł pojąć nie może, urzekały mnie swoim klimatem niesamowitości i niepowstrzymanej grozy. Jest to gatunek, który ciężko przenieść z papieru na celuloid, ponieważ pisząc wymijające opisy, można tą niezgłębioną grozę zasugerować, co na ekranie nie jest możliwe. Mimo tego, na przestrzeni lat ukazała się garść filmów w pewnym stopniu zainspirowanych kosmicznym terrorem „Samotnika z Providence”. Wystarczy wspomnieć Obcego – 8. pasażera Nostromo lub Coś. Oba przedstawiające starcie ludzi z siłami wykraczającymi poza ich percepcję i możliwość obrony. Jednak do tej pory nikt nie stworzył bezpośredniej, mainstreamowej adaptacji jego dzieł. Aż do teraz.

Color Out of Space Richarda Stanley’a to adaptacja opowiadania Kolor z innego wszechświata z 1927 roku. Zwróćcie uwagę, że piszę „adaptacja”, a nie „ekranizacja”, ponieważ film różni się od tekstu prawie wszystkim poza podstawowym założeniem. Lovecraft za pomocą kosmicznego kamienia w zasadzie przewidział katastrofę w Czarnobylu. Stanley wykorzystuje tego samego McGuffina jako klucz do zabawy gatunkiem horroru jako takiego. Gdybym był książkowym purystą, byłbym wściekły. W końcu najbardziej cieszył mnie fakt, że to pierwsza bezpośrednia adaptacja prozy tego autora. Ciężko jednak nie dać ponieść się fali wyobraźni, czarnego humoru i czystego szaleństwa, jakie Stanley do spółki z niepowtarzalnym Nicolasem Cagem oferują widzowi.

W oryginale rodzina, która padła ofiarą (nie)naturalnego kataklizmu, była niewinnymi ofiarami nieznanej, niezbadanej mocy. Historia była prostą, melancholijną reprezentacją ludzkiej bezradności wobec kosmosu i niewidzialnych sił, takich jak promieniowanie czy fale radiowe. Przez te prawie 100 lat fantastyka i horror poszły jednak o wiele dalej, toteż reżyser/scenarzysta nadaje obiektowi z przestworzy inne zadanie. Niepojęty kolor jest tutaj nie tyle przyczyną, co katalizatorem przedstawionych zdarzeń. Grupa protagonistów w filmowej wersji to powierzchownie klasyczna, amerykańska rodzinka. Tylko pozornie, ponieważ każde z nich ma swoje drobne dziwactwa, które przybysz z kosmosu wywleka na wierzch.

Każda z ekscentrycznych cech rodziny Gardnerów zdaje się odwoływać do jakiegoś nurtu horroru.

– Głowa rodziny, Nathan (Nicolas Cage), jest znudzony swoim nudnym życiem na farmie w ślady swojego ojca. Przez to zaczyna hodować alpaki (!!!). I to nie na swetry, a na mleko i mięso. (Szaleństwo)

– Jego żona, Theresa, po masektomii wymuszonej nowotworem przestaje czuć się kobietą (body horror)

– Najstarsza córka Lavinia, ma obsesję na punkcie astronomii i rytuałów (fantastyka)

– Starszy syn jest fanem teorii spiskowych i marihuany (stoner comedy)

– najmłodszy syn jest wrażliwy i posiada niekształtowaną percepcję rzeczywistości (ghost story)

Czuć, że Stanley wie swoje o horrorze. Jest świadomy wszystkich tropów i klisz. Naładował więc ten projekt różnorakimi odniesieniami do innych filmów, dzieł Lovecrafta czy do naszego świata. Jak wyżej, w opowiadaniu meteor symbolizował grozę nieznanego, a tutaj oznacza lęk przed bolączkami współczesności. Mutacje, które wywołuje w środowisku, organizmach i psychice nawiązują do nowotworów, zmian klimatycznych i rozpadu tradycyjnej rodziny. To jednocześnie największa zaleta, ale i wada filmu. Reżyser zaimplementował taką ilość drobnych wątków, że aż ciężko wskazać je wszystkie palcem. Znalazło się tu miejsce dla hipisa-preppera, krytyki fast-foodów, rozwoju przemysłowego, a nawet mizoginii. Niestety większość z tych tematów jest tylko liźnięta, a nie pogłębiona.

Może to wszystko zbyteczny przepych, ale jak dobrze ukazany. Budżet produkcji wynosił tylko 6 milionów dolarów. Na horror fantasy o przemianie, to dosyć mała suma. Jednak Stanley oraz jego ekipa byli w stanie znaleźć świetną lokalizację na dom bohaterów, stanowiącą swój własny, mały ekosystem, a także przedstawić świetnie zaprojektowany miks praktycznych i cyfrowych efektów specjalnych. Kilka abominacji, które ze zwierząt, a nawet ludzi stworzył kosmiczny kolor, budzi wielkie wrażenie. Ich obrzydliwość i analogowy klimat przywodzi na myśl fantastyczne potwory z Coś Johna Carpentera. CGI niestety przypomina trochę poziomem seriale telewizyjne, ale broni się swoją śmiałością wykonania. Najgorzej chyba właśnie wypada tytułowy Kolor. Jest fioletowo-różowy. Trochę to leniwe, zwłaszcza w erze oświecania filmów neonami w podobnych odcieniach (Assassination Nation, The Guest, Neon Demon– żeby przywołać tylko kilka). Trudno jednak mieć to za złe produkcji, ponieważ jak wspomniałem na początku o przenoszeniu cosmic horroru na ekran, ciężko pokazać „niepokazywalne”.

Color Out of Space to ambitna mała produkcja, należąca duchem do jowialnych, absurdalnych lat 80., którą równie dobrze mógłby nakręcić chociażby Sam Raimi (Martwe Zło). Dość znacząco odbiega ona od źródłowej prozy, ale może to i dobrze. W czasach, w których Lovecraft spisywał swoje intrygujące koszmary, fantastyka dopiero raczkowała i nikt nie traktował jej poważnie. Nawet teraz horror i fantasy nie należą do prestiżowych gatunków, ale filmo- i kulturoznawcy poznali się na ich interesujących komentarzach społecznych i artystycznych. Film Stanleya oprócz rozrywki posiada również kilka kąśliwych uwag co do naszej rzeczywistości, które choć nie do końca zrozumiałe, dają do myślenia. Gdy się nad tym zastanowić, czy nie o to właśnie chodziło Lovecraftowi?

Earn 7+/10

trojanowsky

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: