Reklamy

RECENZJA: KOSMICZNE MASZYNY, czyli nenonowa jazda bez trzymanki

RECENZJA: KOSMICZNE MASZYNY, czyli nenonowa jazda bez trzymanki

Festiwal Splat!Fest 2019 to doprawdy bardzo wyjątkowe wydarzenie dla fanów horrorów, Sci-fi i dziwnego kina arthousowego. Dzieła, które są pokazywane w jego ramach to często jedyna okazja, aby zobaczyć je na dużym ekranie. Prawdopodobnie film otwarcia, czyli Color Out of Space czy nowy film Quentina Dupieuxa – Deerskin możecie za jakiś czas śmiało szukać po mniejszych kinach, ale są to wyjątki. Dysk z kopią filmu, który miałem okazję obejrzeć raczej nie będzie trzymany w ręku przez kinooperatora w celu wgrania go na projektor. Kosmiczne maszyny to projekt niezwykły, zwariowany, pełen nieszablonowych pomysłów i nie skierowany do przeciętnego zjadacza popcornu. Przed seansem miało miejsce wprowadzenie konferansjera, który twierdził, że twórcy filmu tworzyli go bez wspomagaczy. Ja nie jestem do końca przekonany, czy obraz ten został wykonany przez osoby trzeźwe i czyste od narkotyków.

Tak, jest to wizualny orgazm, miód na nasze uszy, transcendenty trip! To, co się dzieje w tym 50-minutowym, ryjącym banie filmie przechodzi ludzkie pojęcie. Zapamiętajcie jak nazywają się jego twórcy: Raphaël Hernandez i Savitri Joly-Gonfard. Ten niesamowity duet jest odpowiedzialny za wszystko, co widzimy na ekranie. Próżno szukać innych produkcji tych Panów, ale warto wiedzieć skąd w ogóle wziął się pomysł na taką produkcję. Otóż, Kosmiczne maszyny są kontynuacją teledysku Turbo Killer grupy Carpenter Brut. I jeśli widzieliście klip to już wiecie jaką estetykę będzie miał film, bowiem ci sami twórcy są odpowiedzialni od strony reżyserskiej za tę zajawkę. Całkiem długi okres tworzenia tego projektu (sama postprodukcja trwała 2 lata) zaowocowała świetnymi wynikami prac całej ekipy. Początkowo miał to być film pełnometrażowy, czy nawet serial, skończyło się na 50-minutowym materiale i był to strzał w dziesiątkę. Jest to idealny czas ekranowy dla tego obrazu.

Zarys fabuły zostawiłem sobie na później, bo w gruncie rzeczy scenariusz jest mało ważny. Sami twórcy mówią, że produkcja stawia więcej pytań, niż odpowiedzi. I w zasadzie mają rację. To przede wszystkim wizualna uczta, a to co autor miał na myśli należy pozostawić nam samym. Nie martwcie się, gdy po seansie wyjdziecie w lekkiej konsternacji, zastanawiając się, co się właśnie wydarzyło. Rzecz dzieje się w kosmosie, co już daje ogromne pole do popisu, aby zaprezentować swoje dziwne wizje. W pierwszym akcie szybko zostajemy wprowadzeni w wir akcji – dwóch galaktycznych złomiarzy natrafia na planetę, na której kapłanki czczą… maszyny, uważając je za żywe organizmy. Ich spotkanie jest wielce dynamiczne i szybko obraca się w dosyć dziwne zjawisko – dusza opuszcza statek i przybiera postać nagiej kobiety. Zaczyna się galaktyczny pościg, pełen symboliki i szosowania po kosmosie w rytmie muzyki wyjętej wprost z taśm kaset magnetofonowych.

gtftcqmftcothv1gwg3e

 

Forma jest niesamowita, to jazda po bandzie o szerokim spektrum. Będziemy lawirowali wśród zadeszczeń, często spotkanych na długo eksploatowanych taśmach 35mm. Odbędziemy narkotycznego tripa, oglądając efekty prac grafików, którzy stworzyli cybernetyczny, neonowy świat pełen zwrotów akcji i mindfucków. Możemy dopatrzeć się elementów feminizmu, seksizmu, mesjanizmu, wpływu technologii na ludzi, czy narodzin nowego życia, nowej rasy, nawet trudno powiedzieć czym to dokładnie jest. To totalny misz-masz wszystkiego, a tempo jest przeokrutne, ale pamiętajmy, że metraż długi nie jest. Czasem może nam się wydawać, że twórcy chcą wrzucić jak najwięcej swoich pomysłów w ten krótki film. I owszem, można odebrać to jako przerost formy nad treścią, ale ja to kupuje w każdym aspekcie. Traktuje to bardziej jako eksperyment, czuje wolną rękę twórców, że tęsknią za dawnymi czasami. To taki powrót do przyszłości, pełen nawiązań do horrorów i kina Sci-fi. I ustalmy jedno – pierwszy człon nazwy zespołu na pewno nie jest przypadkowy.

Blood-Machines-Review-700x300

Kosmiczne maszyny to taki dziwny twór, który nieco kojarzy mi się z Kung Fury. Zabawa formą, zero hamulców, to ostra jazda na piątym biegu, gdzie szalony pojazd nie zwalnia na zakrętach, tylko na drifcie ledwo utrzymuje się na drodze. Jednak trzyma się jej, nie wywala się na ryj w swojej przesadzie, co nieco robiło Kung Fury. Tutaj twórcy podążają jedną ścieżką, jest ona – owszem szalona, ale nie wykracza poza granicę dobrego smaku. Piękna rzecz, świetna wykonana, biorąc pod uwagę budżet to wszystko jest dopracowane perfekcyjnie. Czasem aktorstwo może nam się wydawać mało wiarygodne, ale czyż nie był to również zamysł twórców? Ja z miejsca gorąco polecam, z całą pewnością jest to produkt specyficzny, skierowany do starszego widza. Doświadczymy nutkę przemocy i całą moc kobiecej nagości. Nagości neonowej, szybującej daleko w galaktyce, nagości dziwnej, ale nie wyuzdanej, tylko może i lekko niepotrzebnej. Jestem jednak pewny, że gdybym zapytał twórców dlaczego tak zostało to wykonane, to odpowiedzieliby „bo możemy”. I to prawda – mogli, zrobili, nie zadawajcie pytań, tylko rozkoszujcie się formą.

5. edycja Splat!FilmFest odbywa się w warszawskiej Kinotece (2-8 grudnia) i Centrum Kultury w Lublinie (9-15 grudnia).

Ponton 8/10

Reklamy

Marcin Ponton Gontarski

Fan kina i seriali. Krążą plotki, że wszystko co jest w odcinkach to obejrzy. Dementuje i po kryjomu ogląda, Zazwyczaj się przyznaje i o tym opowiada. Lubi gadać, nawet nagrywa i wrzuca w formie podcastu na YouTube. Przede wszystkim szuka kreatywności w świecie filmu i telewizji, czegoś nowego, co przyśpieszy bicie jego filmowego serca. W wolnych chwilach ogląda seriale, chodzi do kina i gra na PS4.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: