Reklamy
google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: JAK POŚLUBIĆ MILIONERA, czyli o tym jak nie polubić komedii romantycznych

RECENZJA: JAK POŚLUBIĆ MILIONERA, czyli o tym jak nie polubić komedii romantycznych
Reklamy

Muszę przyznać, że mam dobrą serię. Wpierw pokusiłem się obejrzeć dziwny twór polskiej kinematografii jakim jest #Jestem m.Misfit, to teraz poszedłem na kolejne wspaniałe dzieło. Jeśli miałbym już na wstępie powiedzieć o jakichkolwiek plusach Jak poślubić milionera to jest to fakt, że chociaż ta produkcja przypomina film. Tak, wiem, mało to pocieszające, ale staram się zawsze szukać jakichkolwiek pozytywów. I owszem, nie jestem turbofanem komedii romantycznych i na pewno po obejrzeniu tej produkcji nim nie zostanę, a wręcz odwrotnie. W zasadzie zadaje sobie pytanie, dlaczego wciąż sobie to robię. Na moją obronę powiem, że miałem do wyboru wtedy jeszcze Krainę Lodu 2, która generalnie zupełnie mnie nie obchodzi oraz Solid Gold, czyli 2,5-godzinny, (prawdopodobnie) rozciągnięty i senny film Jacka Bromskiego. Jednak po seansie stwierdzam, że moje wybory chyba nie są do końca słuszne, ale dzięki nim wiecie, jakie tytuły omijać szerokim łukiem. Właśnie takim idealnym przykładem jest nowa „komedia” w reżyserii Filipa Zylbera.

Filip Zylber to gość, który dał nam obraz Serce, nie sługa, czyli produkcję, która otrzymała 7 nominacji do Złotych Węży. Tej jakże polskiej prestiżowej nagrody nie zdobył, ale miał sporą konkurencję, bowiem Studniówk@ to nie byle jaki film. W kolejnej edycji raczej tej statuetki też nie zdobędzie, ale jury pewnie doceni w paru kategoriach, przydzielając nominacje. I słusznie, bo Jak poślubić milionera to „dzieło” niesamowicie słabe, nudne i przede wszystkim mało śmieszne. Jak możecie się domyśleć głównym wątkiem filmu jest poślubienie dzianego gościa, aby do końca swoich dni pławić się w luksusie. Taki plan ma właśnie Alicja (Małgorzata Socha), która w życiu łatwo nie ma. Sama wychowuje swojego syna, pracuje w pocie czoła na dwa etaty, a jej były mąż to typ sklerotyka, który tak bardzo jest zajęty swoją nową miłością (Julia Wieniawa), że ciągle zapomina przelewać alimenty. Ponadto, kobieta ledwo wiąże koniec z końcem, notorycznie odcinają jej prąd (babeczki same się robią w piekarniku, który jest chyba na baterie), a karta płatnicza w Carrefourze nie przechodzi, przez co nie stać jej na jakże niezbędne rzeczy, takie jak bazylia w doniczce. Generalnie, jak się ma kryzys finansowy to nie kupuje się pieprzonej bazylii w doniczce (!), tylko idzie się do Biedronki czy innego tańszego supermarketu po nieco mniej ekskluzywne artykuły. Jednak wiadomo, polski film bez lokowania produktu nie nazywałbym się produktem polskim. Tak samo widać, że ten kto nigdy biedny nie był, nie przedstawi realnej sytuacji, a samo ukazanie mieszkania, której nie znajduje się na pięciogwiazdkowym osiedlu nie wystarczy.

Oczywiście, nie będziemy przyglądać się tylko jak Julia robi zakupy, wszak film nie jest o tym, jak przeżyć w Polsce, pomimo tego, że życie ciągle nam wrzuca kłody pod nogi. Film jest o tym, jak znaleźć bogatego męża. Instruktaż prowadzi uznana, pewna siebie bizneswoman i autorka książki „jak poślubić milionera” – w tej roli Małgorzata Foremniak. Prowadzi ona kurs, podczas którego uczy nieporadne kobiety jak szybko owinąć sobie wokół palca bogatych dupków. Na taki właśnie kurs trafia Alicja. I rany boskie, w jak bardzo zły sposób reżyser pokazuje wzorce i relacje damsko-męskie. Rozumiem, że według twórców w Polsce żyją same słabe i głupie pindy, które nie potrafiąc same sobie poradzić, muszą szukać oparcia u facetów. Ci z kolei w głowie mają tyko hajs i sex, są zadufani w sobie, a słowo szacunek czy miłość dawno wyrzucili do kosza. Serio, tak to wygląda w naszym kraju? Nie ma romantyzmu, są tylko bezwartościowe emocje, sztuczność i degrengolada? Ja jeszcze rozumiem gdybyśmy mieli do czynienia z innym, poważniejszy gatunkiem filmowym, który w gorzki sposób ujawniałby nasze przywary i niedoskonałości. Nie – ten film jest komedią, a przynajmniej tak mu się wydaje.

A nie jest. Nie wiem, w którym momencie produkcja ta miałaby bawić. Może to były hehe genialne teksty, które padają podczas kursu. Jakie to śmieszne są rymowane propozycję na podryw naszych kursantów. „Nie ma brylowania bez karty do doładowania” – to jeden z przykładów, który mnie osobiście nie śmieszy, a wręcz żenuje. A takich żarcików jest cała masa, no kupa śmiechu. Oczywiście poczucie humoru to kwestia bardzo indywidualna i nie będę tego roztrząsał, bo i tak nie jest to największy mankament tego filmu.

Komedia romantyczna powinna być lekką, uroczą pozycją, aby trochę odpocząć od trosk codziennego życia. Kolejnym, właściwie najważniejszym elementem to relacje między bohaterami, które owszem – mogą być przedstawione w sposób cukierkowy, ale w swojej prostocie spełniają swoją funkcję i są prawdziwe. Tutaj tego nie ma. Cześć bohaterów po prostu sobie jest, by za jakiś czas zniknąć, jakby scenarzyści o nich zapomnieli. Sam główny wątek „miłosny” jest tak niemrawy, że muszę kolejną kawę wypić, aby nie usnąć na samą myśl o nim. Alicja zakochuje się w gościu, którego nie da się lubić. Ich pierwszy kontakt nie różni się za bardzo od kolejnych. Poznajemy go jako niesympatycznego typiarza, a podczas ich kolejnych przypadkowych spotkań twórcy nie próbują go nawet wybielić. Nie robi nic pozytywnego, jest po prostu przystojny i bogaty. I zaręczony z Justyną Steczkowska, której postać jest również tragicznie rozrysowana i zagrana. Nie kupuje zupełnie tych wszystkich relacji między bohaterami, wszystko jest miałkie, nijakie, niepocieszające, nie opakowane nawet w ładny papierek. I przede wszystkim nudne, czekałem tylko na finał, który…jest tak interesujący jak zeszłoroczny śnieg.

Najbardziej mi szkoda Małgorzaty Sochy, która faktycznie się stara. Jest naturalna w tej roli, jej relacja z przyjaciółką, którą gra Anita Sokołowska jest również na plus. Tylko co z tego, skoro główny wątek i motywację postaci są potwornie negatywne i sztuczne. Nikomu nie kibicujemy, otrzymujemy zbiór szkodliwych stereotypów i brak lekkości. Niby w finale reżyser nagle postanawia, że jednak w lepszym świetle trochę przedstawi kobiety, tylko z drugiej strony następuje to to tak nagle, że nie wiedziałem właściwie dlaczego to poszło w takim kierunku. Listy do M. były tytułem nawet całkiem udanym jeśli chodzi o ten gatunek filmowy. Narzekałem nieco, że film kalkował świetne To właśnie miłość, ale była to przynajmniej pozycja lekkostrawna, miejscami zabawna, dobrze zagrana, a człowiekowi robiło się dobrze na sercu po seansie. Po wyjściu z sali po Jak poślubić milionera wcale nam dobrze nie jest. Jest nam źle, czujemy niestrawność i uruchamiają się w nas mordercze zapędy. Mam ochotę wziąć łopatę i zakopać żywcem twórców takich komedii romantycznych. Niech cierpią – zasłużyli na taki los. My jako widzowie – nie zasłużyliśmy, nie róbcie sobie tego co ja, zostańcie w domu, odpalcie Netflixa, albo zróbcie cokolwiek innego. Będzie to na pewno dużo bardziej wartościowe niż dofinansowanie filmu Pana Zylbera.

Ponton 2/10 (bo Socha jest spoko)

Reklamy

Marcin Ponton Gontarski

Fan kina i seriali. Krążą plotki, że wszystko co jest w odcinkach to obejrzy. Dementuje i po kryjomu ogląda, Zazwyczaj się przyznaje i o tym opowiada. Lubi gadać, nawet nagrywa i wrzuca w formie podcastu na YouTube. Przede wszystkim szuka kreatywności w świecie filmu i telewizji, czegoś nowego, co przyśpieszy bicie jego filmowego serca. W wolnych chwilach ogląda seriale, chodzi do kina i gra na PS4.

Dodaj komentarz

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: