Reklamy

RECENZJA: DOKTOR SEN. Nawiedzony hotel na wzgórzu.

RECENZJA: DOKTOR SEN. Nawiedzony hotel na wzgórzu.

Nie zazdroszczę Mike’owi Flanaganowi. Podejmując się reżyserii sequela do Lśnienia w wersji filmowej, podjął się nie lada wyzwania. Musiał nakręcić sequel zarówno wersji książkowej, jak i filmowej. Flanagan wykonał założenia wytwórni, a także przemycił swój własny artystyczny znak rozpoznawczy. Jednak przez to stworzył dwa kłócące się ze sobą filmy, w trzecim akcie dodatkowo starając się wykonać nostalgiczny ukłon w stronę klasyka Kubricka.

maxresdefault (1)

Powszechnie znanym faktem jest, że Stephen King nienawidzi tego, co z jego książką wyczynił Kubrick. Jego film nie tyle adaptował książkową historię, co korzystał z jej założeń do wywarcia swojego własnego wrażenia. Mimo tego, ikonografia tego filmu tak mocno wryła się w popkulturową świadomość, że stanowi naczelne wyobrażenie książkowego materiału. Przez to adaptując Doktor Sen, kampowy sequel kampowej książki, nie można było zignorować efektu, jaki na pokolenia kinomanów miało dzieło Kubricka. W ten sposób przez potężne 152 min metrażu trwa walka pomiędzy quasi-superbohaterskim thrillerem o telepatach, a poważniejszym kinem kontemplacji traumy, charakterystycznym dla poprzednich dzieł Flanagana (Oculus, Nawiedzony dom na wzgórzu).

Film, który Flanagan prawdopodobnie chciał zrobić, to ten o dorosłym Dannym Torrencie (Ewan McGregor), który po horrorze przeżytym w wieku pięciu lat w Hotelu Overlook, walczy z potężną traumą i alkoholizmem, który był główną przyczyną upadku jego ojca. Podstawowym wyzwaniem dla Danny’ego jest radzenie sobie z brzemieniem bycia „lśniącym”. Doktor Sen jest filmem o darze i klątwie olbrzymiej wrażliwości, która choć męczy i dręczy osobę nią dotkniętą, to daje również możliwość ulżenia osobom, które nie są w stanie zajrzeć za kurtynę rzeczywistości. Dan zostaje pracownikiem hospicjum, gdzie pomaga przerażonym starcom zrozumieć największą zagadkę ludzkiego życia i przestać bać się nieuniknionego, a także nawiązuje mentalny kontakt z młodą „lśniącą”, pomagając jej zrozumieć ten „dar”. To charakterystyczny dla Flanagana „anty-horror”, w którym każda scena gatunkowa zamiast straszyć, prędzej wyciska łzy. Niestety, intrygujący film o straumatyzowanym pielęgniarzu-medium musi ustąpić miejsca bardziej ekscytującemu wątkowi o kulcie porywaczy „lśniących” dzieci, którzy żerując na ich mocy, pozostają młodzi i potężni.

intro-1572555623

Niestety, ten wątek kładzie cały film. Nie wiem co miała symbolizować ta grupa pasożytniczych mentalnych wampirów, ponieważ związana z nimi symbolika zdaje się ciągnąć ich znaczenie w różne strony. W poszukiwaniu młodego, sycącego lśnienia, poruszają się karawaną samochodów kempingowych niczym grupa cyganów. Kiedy dorwą już swoją ofiarę (między innymi Jacob Trembley w żałośnie krótkim, niezrozumiałym epizodzie), narzekają, że Netflix i zła dieta niszczą transcendentne możliwości obdarzonych „lśnieniem”. Nie przychodzi do głowy nic innego jak stwierdzenie „ok, boomer”. Ich krytyka braku wyobraźni i ducha we współczesnej młodzieży zdaje się hipokryzją, biorąc pod uwagę, że ich działania rysują grupę jako pustą i pozbawioną własnej wartości. Bardzo prawdopodobne, że taki był zamysł twórców, jednak, zamiast budzić przerażenie, budzi tylko politowanie widza.

Na ich czele stoi Rose Kapelusz, grana przez Rebeccę Ferguson. Jej postać w pewien sposób jest personifikacją samego filmu. Ferguson daje z siebie wszystko, odgrywając bezdenny głód i pewność siebie Rose. Jednak cóż z tego, gdy scenariusz każe jej paplać kliszowate „Well, well, well” w obecności protagonistów. Jej postać należy do horrorów klasy B sprzed 30 lat, a nie do współczesnego panteonu samoświadomych filmów grozy produkowanych przez A24 (Midsommar, Anihilacja). W ten sposób film Flanagana sabotażuje sam siebie. Mamy tutaj godzinę interesującego thrillera psychologicznego o traumie, godzinę kiczowatego horroru i ostatnie pół godziny, które boleśnie puentuje cały projekt.

5dc98a457eece514781b6487

Otóż finalna bitwa między dobrem a złem odbywa się w znanym nam z Kubrickowskiej adaptacji Hotelu Overlook. Gdy razem z głównym bohaterem przemierzamy ruiny tego domu strachów, przeżywając na nowo obrazy sprzed lat, zarówno te scenograficzne, jak i operatorskie, dociera do nas fakt, że oglądamy rekonstrukcję beż życia. Cała sekwencja zamiast być nieuniknionym następstwem scenariusza, wydaje się być nostalgicznym szantażem. Dopóki będziemy kazać młodym, kreatywnym twórcom, takim jak Flanagan, podlizywać się widowni pustymi nawiązaniami do przeszłości oraz zbytecznymi scenami akcji, dopóty wszyscy będziemy o wiele mniej lśnić.

Earn 4/10

Reklamy

trojanowsky

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: