Reklamy
google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: #JESTEM M. MISFIT, czyli #Jestem M. MASOCHISTĄ

RECENZJA: #JESTEM M. MISFIT, czyli #Jestem M. MASOCHISTĄ

#nie mam siły. Po prostu nie mam. Polscy twórcy nie przestają mnie zaskakiwać. Jeszcze całkiem niedawno otrzymaliśmy żenującą wersję Szybkich i Wściekłych (Diablo), czy nieudolną kalkę filmów o tematyce bokserskiej (Fighter), a teraz mamy okazję obejrzeć znowu coś wyjątkowego! Przyznam – czegoś takiego w kinie chyba nie widziałem i cały czas zastanawiam się jakim cudem ta produkcja trafiła na duży ekran. #Jestem m. misfit wymyka się wszelakim standardom, a nazywanie tego „dzieła” filmem to dość spore przejęzyczenie, bo obraz ledwo co spełnia jakiekolwiek normy. Oczywiście, znowu sobie to zrobiłem, kiedy ludzie zachwycają się takimi tytułami jak Lighthouse czy Na noże, ja cierpię najgorsze męki siedząc na sali kinowej. I znowu biegnę do was z nowiną – unikajcie tego tytułu, bo nawet posiadając kartę Unlimited szkoda waszego czasu. I oczu. I uszu. No totalnie wszystkiego! Miejmy to już za sobą. Nie wiem co jest gorsze – oglądanie tego filmu, czy pisanie o nim i rozdrapywanie ran w mojej pamięci.

Zaczynamy tę pasjonującą historię w USA, gdzie poznajemy główną bohaterkę – Julię, która żyje za granicą jak pączek w maśle. Jest piękna, utalentowana, lubiana, ma tysiące lakierów do paznokci i miliony wyświetleń swojego kanału na YouTube. Żyć, nie umierać – american dream pełną gębą! Jednak, jej rodzice postanawiają wrócić do ponurego, pełnego salcesonu i bigosu najgorszego miejsca na Ziemi – do Polski. A przynajmniej tak twierdzi nasza nastolatka, która przeżywa teraz istny horror. A to dopiero początek! Jeszcze nie wie, że dyrektorem ( i jednocześnie głównym antagonistą) jej nowej szkoły będzie sam Tomasz Karolak! Z kolei placówką edukacyjną, gdzie nie uświadczycie żadnych nauczycieli rządzą grupy nastolatków. Zaczynając do youtebrów, vlogerów, poprzez bezmózgich sportowców, a kończąc na dziewczęcej elicie. Julia postanawia zrobić wejście smoka, aby wkupić się w łaski nowej społeczności. Pragnie zostać zapamiętaną – ponownie pływać w fejmie i luksusie. Jest to niezmiernie ważne, bowiem w szkole będzie miało miejsce szkolne Mam talent, a nagrodą jest roczne stypendium w szkole w USA. Jest się o co starać! I faktycznie, cała szkoła ją zapamięta, tylko nie tak, jak sobie wymarzyła. Już na samym początku trafia na złowrogą, zadufaną w sobie Wiktorię, która wraz ze swoimi VIP przydupaskami klasyfikują nową uczennicę, widząc w niej zagrożenie nie z tego świata. Wpierw – boom – Julia staję sie (o zgrozo!) LEB (laska bez ekipy), by zaraz być kimś jeszcze gorszym – tytułowym misfit. Niebo się otwiera, ziemia drży w posadach – z misfitem nie ma żartów. To koniec przewodu pokarmowego, to ostatnie ogniwo, to bastion żenady, upodlenia i wykluczenia!

Już pędzę z rozjaśnieniem tego skrótu! Otóż, MISFIT oznacza osobę Mało Instagramową, Snapchatową, Facebookową I Tępą. Mając taką niezwykle kreatywną wizytówkę szansa na zdobycie popularności spada niemalże do zera. Na szczęście nasza bohaterka poznaje Kubę i zbuntowaną, mająca na każdą okazję koszulkę z odpowiednim napisem Magentę. Razem będą chcieli zniszczyć przeciwniczkę i zdobyć uznanie wśród uczniów szkoły. Zaczyna się się prawdziwe, disneyowskie House of Cards! Skojarzenie z filmami ze stacji Disney Channel pcha nam się od razu przed oczy. Wszystko jest kolorowe, bajeczne, wszyscy ładnie ubrani, a choreografia umowna. Wisienką na torcie tej sztucznej estetyki są niediegetyczne, fatalnie dorobione dźwięki zza kadru. Przypominają mi się czasy, gdy na TV PULS kiedyś natknąłem się na program bardzo niskich lotów – Goło i wesoło. Pluuuuuuuum, Roarrrrr!!!, pik, cyk, plum, trzast, prask, uuuuiii i inne dzwiękopodobne odgłosy co chwila towarzyszą nam podczas tej jakże poruszającej historii.

A dzieje się całkiem sporo. Intrygi, hakowanie szkolnego systemu, negocjacje z zepsutym dyrektorem szkoły, wykonania muzyczne, a nawet bezczelne lokowanie produktu. Poza ludzkimi bohaterami przyjdzie nam obserwować jak miś Plush z reklamy Plusa m.in. korzysta z damskiej toalety. To jest tak wysoki poziom surrealizmu, że nie jestem w stanie znaleźć jakiegokolwiek sensu na wprowadzenie tej postaci do filmu. Ani to bawi, ani nie wpływa na fabułę, ani nie pełni funkcji zgrabnie wykorzystanego easter-egga. Jest po prostu po nic. Zachowania bohaterów też często przeczą same sobie. To w jakim tempie następują zmiany z osoby znienawidzonej na uwielbianą jest niesamowite. Czasem wystarczy jedno zdanie, jeden gest, a ich życie obraca się o 180 stopni. O aktorskich zapędach nie będę wspominał, bo skoro najjaśniejszym punktem jest występ Marcina Wójcika z kabaretu Ani mru-mru to możecie się domyśleć jak nieudolnie próbuje grać reszta aktorów i aktorek. Gdyby jeszcze twórcy dopieścili wykonania muzyczne to chociaż miałby przyjemność ze słuchania piosenek. I nie przeczę, ci młodzi ludzie wydają się jakby mieli jakieś wokalne umiejętności, tylko wrażenie asynchronu i playbacku skutecznie przysłania ich możliwości.

Wiadomo, nie spodziewałem się arcydzieła polskiej kinematografii. Ba, nawet miałem świadomość, że seans nie będzie należał do udanych. Nie myślałem jednak, że uświadczę aż tak bardzo kulawego połączenie różnych elementów. Całość wygląda jak zbiór kompilacji z YouTube’a, który mógłby być zabawny dla grupy podpitych znajomych na imprezie. Dosyć dojrzały, czasem zacofany internetowo ze mnie dziad, więc nawet zrobiłem pewną próbę. Spróbowałem poczuć się jak docelowy odbiorca tego filmu, czyli 10-latek, który idzie na film, aby zobaczyć na dużym ekranie swoje ulubione internetowe gwiazdeczki. I najgorsze w tym obrazie jest to, że za cholerę nie wiem do kogo on jest skierowany. Dla nastolatków moralny, ładnie zakamuflowany przekaz będzie niewidzialny, a wręcz odwrotnie – zachowania bohaterów mogą mieć szkodliwy wpływ na postrzeganie świata przez młodego widza. Z kolei nieco starsi odkryją, że nie warto być uzależnionym od Snapchata czy Instagrama i kreowaniu swoje sztuczności. Tylko ta druga grupa ludzi już powinna być w tym temacie uświadomiona. Co za tym idzie będzie cierpiała, widząc teledyskową tandetę, humor niskich lotów, brak scenariusza oraz innych elementów, które składają się na film. Niestety, ale #jestem m. misfit trudno nazwać filmem, a Pana Marcina Ziębińskiego reżyserem. Zapraszam nie próbować tworzyć takich produkcji, a pozostać w sferze teledysków i internetu.

Ponton 1/10

Reklamy

Marcin Ponton Gontarski

Fan kina i seriali. Krążą plotki, że wszystko co jest w odcinkach to obejrzy. Dementuje i po kryjomu ogląda, Zazwyczaj się przyznaje i o tym opowiada. Lubi gadać, nawet nagrywa i wrzuca w formie podcastu na YouTube. Przede wszystkim szuka kreatywności w świecie filmu i telewizji, czegoś nowego, co przyśpieszy bicie jego filmowego serca. W wolnych chwilach ogląda seriale, chodzi do kina i gra na PS4.

Dodaj komentarz

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: