Reklamy

RECENZJA: ZOMBIELAND: DOUBLE TAP, czyli tak się kręci sensowne sequele!

RECENZJA: ZOMBIELAND: DOUBLE TAP, czyli tak się kręci sensowne sequele!

Zombieland był chyba dość niespodziewanym, wielkim, kasowym hitem dla samych jego twórców. W 2009 roku bowiem o istnieniu takiego tytułu jak The Walking Dead wiedzieli tylko maniacy komiksów. Shaun of the Dead jeszcze krzepło, dojrzewało do miana klasyka. Krótko mówiąc: zombie movies miało mieć swój renesans dopiero za jakiś czas, film Rubena Fleishera jawił się jako ostatecznie bardzo udany eksperyment. Nie oszukujmy się, Jesse Eisenberg czy Emma Stone kluczowe dla swoich karier role mieli dopiero przed sobą, tak więc film zdecydowanie dźwigał na swoich barkach zaprawiony w boju Woody Harrelson. Obecnie część pierwsza to już klasyk komedii ocierającej się o film grozy. Za pierwszym razem zadziałał zarówno slapstickowy humor jak i archetypowi wręcz bohaterowie, między którymi nie zabrakło chemicznych oparów. Ten przydługawy wstęp zmierza do pytania, na które będę Wam odpowiadać przez kilka kolejnych akapitów. Czy po dziesięciu latach można bezczelnie opowiedzieć widzom ten sam dowcip? 

Spoiler alert! Otóż można, jeszcze jak! Z jednej strony film sprzedawany jest jako dzieło reżysera Venom i scenarzystów Deadpoola. Ktoś najwyraźniej błędnie założył, że nie udźwignie go żelazny status części pierwszej, ani aktorzy, którzy przeszli nielichą ewolucję swojego warsztatu przez ostatnich 10 lat. Okej, z pewnością znajdą się tacy, którzy mogli o tym tytule zapomnieć, nie jest to w końcu kino moralnego niepokoju pozostawiające trwałe blizny na umyśle człowieka. Z drugiej strony Duble Tap to bezpośrednia kontynuacja części pierwszej i bez jej znajomości pójście do kina mija się z celem, przynajmniej moim zdaniem. Nawiązań do „jedynki” jest bowiem mnóstwo, a jednocześnie film stoi na własnych nogach i nie ma się poczucia, że twórcy sztucznie pompują w widza sentymentalne westchnięcia. Przygoda, w której udział biorą Tallahassee, Columus, Witchita i Little Rock trwa w najlepsze, relacje między bohaterami się gmatwają i docierają w końcu do punktu zwrotnego. I oczywiście jak to w tego typu filmach bywa nasi milusińscy muszą się ze sobą zejść z powrotem, bo przecież „w kupie siła, kupy nikt nie ruszy”. Zanim jednak do tego dojdzie poznamy nowe zasady survivalu, nowe rodzaje zombie, zostaniemy zasypani popkulturalnym dobrodziejstwem. Ba, nawet poznamy kogoś, kto wciąż pamięta co spotkało biednego Billa Murray’a w „jedynce” i pragnie za to srogiego odwetu…

Skoro już się tak rozpływam nad tym dziełem, to pewnie się zastanawiacie, czy znowu mnie za bardzo nie poniosło i nie uznam „dwójki” za jakieś wybitne arcydzieło. Nic bardziej mylnego, Double Tap jest naszpikowany mniejszymi lub większymi grzeszkami tak zwanych sequeli, ale to nie przeszkadza się świetnie bawić oglądając go. Jeśli odpuścicie sobie analizowanie poszczególnych związków przyczynowo-skutkowych, to ten post apokaliptyczny rollercoaster zafunduje wam przejażdżkę pierwszą klasą. W imię zasady, że w sequelu wszystko musi być zrobione z większym rozmachem, dzieją się tu rzeczy niestworzone. Bohaterowie mają takiego skilla, że Rick Grimes by zdjął kapelusz, a Negan oddał Lucille. Natomiast ci, których nasi milusińscy spotykają na swojej drodze są wręcz skazani na bycie karmą dla mózgożerców. W pakiecie chociażby blondynka rodem z najbardziej niewybrednych dowcipów i mieszkańcy hipisowskiej komuny przetapiający broń na pacyfistyczne łańcuszki. Rzecz w tym, że kiedy odrzucimy niemożliwość istnienia takowych postaci czy społeczności przy tak zaawansowanej zombie apokalipsie to funu jest tu co niemiara. I nawet jeśli to są żarty pokroju „blondyna nie kuma sarkazmu”, „hipis zawsze ma zioło” to w tym świecie to działa, bo aktorzy wygrywają to wszystko bez cienia zażenowania, za to z nielichą frajdą wypisaną na twarzach. A za to co zrobiono ze wspomnianym wątkiem pewnego sławnego aktora kłaniam się nisko!

Podsumowując Double Tap to jest zarówno świetna kontynuacja, jak i kawał rajcującej rozrywki, w sam raz do obejrzenia przed zbliżającym się Halloween. A część pierwsza, jeśli jeszcze „jedynki” nie widzieliście, bądź ją słabo pamiętacie jest na Netflixie! 8/10 i do przeczytania next time!

Reklamy

Stanley

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: