Reklamy

TOP 10 STANLEYA: Niekonwencjonalne zombie movies!

TOP 10 STANLEYA: Niekonwencjonalne zombie movies!

Ustalmy sobie jedną rzecz. Największym specem w dziedzinie zombie movies pozostaje w naszym internetowym grajdołku iminfected.pl tak więc miejcie na uwadze, że mój ranking jest jedynie skromną topką laika w tym temacie. Na przestrzeni lat trochę tych zombie movies obejrzałem i dzięki temu jakieś tam wnioski mogę wysnuć. Przy okazji przypominam, że druga część Zombieland już od najbliższego piątku w kinach! 

MARTWICA MÓZGU (Braindead, 1992, reż. Peter Jackson). Zdecydowanie jest to jeden z tych filmów, który do spółki z Powrotem żywych trupów i Reanimatorem z 1985  roku stał się fundamentem zom-comu. Ilość praktycznych efektów gore przyprawia tutaj o zawrót głowy, jednocześnie jest to przypadek slapstickowej, opartej na niewybrednym, kloacznym i seksualnym humorze. Rodzicielka głównego bohatera zostaje ugryziona przez zmutowanego małposzczura i metodycznie zaczyna roznosić wirusa na senne miasteczko, w którym znajdzie się miejsce nie tylko na zombie apokalipsę, ale też romantyczne uniesienia. I to nie tylko żywych…

POULTRYGEIST: NOC KURCZĘCICH TRUCHEŁ (Poultrygeist: Night of the Chicken Dead, 2006, reż. Lloyd Kaufman). Jedno z najbardziej niesławnych dokonań studia Troma, które garściami czerpie z Martwicy Mózgu właśnie. Makabryczny, groteskowy mash-up komedii, gore horroru oraz… musicalu. Rzecz dzieje się w fast foodzie położonym na starym indiańskim cmentarzu. Dorzućmy do tego trochę toksycznych odpadów, i już możemy sobie wyobrazić poczwary wyglądające jak zombie-kurczaki w indiańskich wdziankach. Gwarantuję Wam, że jest to rzecz z czołówki filmów epatujących obrzydlistwami, a jednocześnie film na tyle osobliwy i na swój chory sposób zabawny, że powinniście z nim spędzić te niespełna dwie godziny.

TRUPOSZE NIE UMIERAJĄ (The Dead Don’t Die, 2019, reż. Jim Jarmusch). Jakże specyficzny jest to film jak na samego reżysera, ale i na gatunek, któremu hołduje. To rzecz z gatunku tych, które może solidnie wynudzić, ale jak już się złapie ten specyficzny, „metaklimat”, to można się bawić całkiem nieźle. Szczególnie, ze Jarmusch zebrał tutaj obsadę z najwyższej półki tym samym nielicho widzów oszukując. Zombiaki są tu sportretowane jako nie tylko głodne ludzkiego mięska, ale i tęskniące za ulubionymi, prozaicznymi przyjemnościami. Co ciekawe w tym filmie w wyborny, bardzo subtelny sposób jest łamana czwarta ściana, a i nawiązań do całej twórczości reżysera z Kawą i papierosami na czele nie brakuje.

FIDO (2006, reż. Andrew Currie). Witajcie w Ameryce, na przełomie lat 50/60-tych! Zombie apokalipsę udało się opanować dzięki „wspaniałej” korporacji ZomCom produkującej specjalne obroże tłumiące mordercze zapędy nieumarłych. W uroczym, kolorowym miasteczku nieumarli funkcjonują jako darmowa siła robocza, służący, a nawet seksualni niewolnicy… Oczywiście wszystko do czasu, ta sielanka w końcu musi wymknąć się spod kontroli… Bardzo ciepło wspominam ten film, w obsadzie chociażby Carrie-Anne Moss, Bill Connolly czy Dylan Baker.

WYSYP ŻYWYCH TRUPÓW (Shaun of the Dead, 2004, reż. Edgar Wright). Początek trylogii Cornetto, na którą składają się jeszcze Hot Fuzz – Ostre psy (2007), oraz To już jest koniec (2013). Gatunkowa żonglerka Wrighta katapultowała Simona Pegga do aktorskiej ekstraklasy, a i nie można powiedzieć by Nick Frost sobie ze swoją karierą nie radził. Zom-com na wskroś brytyjski, z tym specyficznym, czarnym humorem, znacznie bardziej wysmakowanym niż w Truposze nie umierają. Wystarczy przypomnieć sobie scenę, w której Shaun wychodzi do sklepu w dzień apokalipsy, zupełnie nie odróżniając apatycznych mieszkańców miasta od żywych trupów. Ten film to klasyk znakomicie czerpiący zarówno z klasyków gatunku autorstwa Romero, jak i z popkulturowych tropów i cytatów.

WIECZNIE ŻYWY (Warm Bodies, 2013, reż. Jonathan Levine). Rom-zom-com, że to tak koślawo ujmę. Główny bohater, po którego tożsamości zostało jedynie marne R. jest świadomym zombiakiem, który dzięki pewnej atrakcyjnej dziewczynie odkrywa, że fajnie by było żyć na nowo. Zdecydowanie na tle wszelakich teen „horrorków” ten wypada całkiem zgrabnie i kłania się chociażby dokonaniom niesławnego Fulciego. Lubię grę aktorską Nicholasa Houlta, a John Malkovich jest wisienką na torcie. Film lekki, przyjemny stojący w opozycji do większości z tej listy, a jednocześnie nie przesłodzony, Stanley poleca.

PONTYPOOL (2009, reż. Bruce McDonald). Paradoksalnie niski budżet tej produkcji pozwala jej wyjść poza szereg zombie movies. Bowiem tutaj wszystko rozbija się o klaustrofobiczny klimat i to czego na ekranie nie widać. Wszystko dzieje się z perspektywy osób właściwie uwięzionych w stacji radiowej, do których docierają niepokojące komunikaty o rozprzestrzeniającej się zarazie. Większość z produkcji na tej liście nie należy do stricte poważnych, ma w sobie sporo komediowego pierwiastka, Pontypool to propozycja dla fanów slow movies, którzy czerpią radochę z budowanego napięcia.

O MIŁOŚCI I ŚMIERCI (Dellamorte Dellamorte, 1994, reż. Michele Soavi). No to mamy czarny zom-rom-com, bowiem to dość makabryczna opowieść. Główny bohater i jego ziomek są grabarzami, którzy nie dość, że muszą odwalać czarną robotę, to jeszcze co siedem dni muszą pozbywać się ożywających trupów. Problem polega na tym, że jeden zakocha się w bezimiennej martwej dziewczynie, drugi w… głowie martwej dziewczyny. Groteskowe to wielce i egzotyczne, bowiem to film produkcji francusko-niemiecko-włoskiej.

STACJA SEUL (Seoul-yeok, 2015, reż. Sang-ho Yeon). Prequel świetnego Zombie express, w dodatku animowany! Warto zobaczyć by zrozumieć jak do tego wszystkiego w koreańskim hicie doszło. Nie chcę tutaj za dużo zdradzać, ale nie brakuje w tym filmie dość uszczypliwego komentarza społecznego, a samo ubranie poważnego tematu w „kreksówkowe” fatałaszki dodaje dziełu dziwaczności, ale i atrakcyjności. Jeśli macie więc w planie obejrzeć sobie Train to Busan w Halloween, to polecam do spółki z tym dziełem, dzięki prequelowi będzie znacznie pełniejszy.

MARTWA DZIEWCZYNA (Deadgirl, 2008, reż. Gadi Harel, Marcel Sarmiento). Ten film oglądacie na własną odpowiedzialność moi mili. Bowiem opowiada on o kilku zwyrodnialcach, co to nie do końca martwą dziewczynę znaleźli, a że bez ubrań i w ogóle to się postanowili zabawić. Ja wiem, że twórcom mogła przyświecać idea, że oto skrytykujemy chore ludzkie zachowania. Rzecz w tym, że tutaj to wszystko się chwieje i epatowanie okropnościami dość mocno przysłania cały przekaz. Zdecydowanie ryje łeb zbyt mocno…

Reklamy

Stanley

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: