Reklamy

PREMIERA NA NETFLIX: EL CAMINO: A BREAKING BAD MOVIE, czyli epilog dla najwierniejszych fanów.

PREMIERA NA NETFLIX: EL CAMINO: A BREAKING BAD MOVIE, czyli epilog dla najwierniejszych fanów.

Fanów Breaking Bad na całym świecie zdecydowanie nie brakuje nawet w 2019 roku. Żywot Waltera White’a oraz Jessego Pinkmana stał się nieodłączną częścią popkultury, a Saul Goodman otrzymał swój własny spin-off. Ludzie przez lata dopisywali sobie różne scenariusze na temat tego jak potoczyły się dalsze losy Jessego. W końcu, po 6 latach od zakończenia emisji serialu Vince Gilligan postanowił dostarczyć nam epilog do tej historii opowiedziany z perspektywy Jessego. 

Film jako odrębne dzieło zupełnie się nie broni i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. To po prostu dwugodzinny odcinek specjalny jednego z najlepszych seriali współczesnej telewizji. Powolny, wyciszony, w którym oko kamery głównie skupia się na odradzającej się niczym feniks z popiołów postaci Jessego. Lecz nim Jesse z kolan wstanie zobaczycie kilka „retrospekcji z duchami”, waszej ocenie pozostawiam czy są one potrzebne czy nie. Jesse miota się od lokacji do lokacji próbując ratować swój nieźle obity tyłek. Nie wie na kogo może liczyć, jest w swojej walce o wolność zupełnie sam i tutaj zdecydowanie należą się gratulacje dla Aarona Paula, który bez cienia fałszywej nuty ponownie wciela się w byłego ucznia White’a. Jest cholernie zdeterminowany mimo psychicznych i cielesnych urazów, ścigany przez wizje z przyszłości, najczęściej te najbardziej nieprzyjemne. To w czym ten facet uczestniczył przyprawia o nieprzyjemne dreszcze.

Nad fabułą nie ma się co rozwodzić, bowiem jest prościutka, konsekwentnie prowadząca nas od ucieczki Pinkmana, poprzez próbę własnego rozgrzeszenia i poszukiwanie możliwości ruszenia dalej. W zależności od tego czego oczekujecie od tego typu „domknięć” historii taka będzie Wasza ocena. Mi po prostu postawienie kropki nad tą historią się podobało, ale to nie jest film, do którego chciałbym kiedyś wrócić, jest łatwy do zapamiętania i opowiedzenia, drepcze po serialowych śladach i nie ukazuje nam nic nowego czego byśmy w „uniwersum” BB nie widzieli. Internauci już podnieśli larum, że jest to film niepotrzebny, nijaki, pozbawiony własnej tożsamości. I trochę tego utyskiwania nie rozumiem, bowiem nie wiem czego się ludzie spodziewali? To w końcu A Breaking Bad Movie, otworzenie nowych wątków, wynajdywanie zupełnie nowych postaci byłoby pozbawione logiki i dawało pole do tworzenia kolejnych filmów. Tymczasem Gilligan po prostu zamknął ten rozdział, i bardzo dobrze, kamień spadnie z serca niejednemu widzowi, że w końcu nie musi sobie wymyślać cholera wie jakich zakończeń jego historii.

Podsumowując: jest to rzecz stricte dla fanów serialu, „ku pokrzepieniu serc”, ale też pokazująca jak łatwo się w życiu pogubić, stracić wszystko wokół, zostać zmuszonym to totalnego resetu. Aaron Paul był, jest i będzie kozakiem w tej roli i nic tego nie zmieni. Jeśli więc tęskniliście za BB to polecam, jest klimat, jest muzyka, są znajome twarze.

8/10 dla maniaków.

Film od dziś jest dostępny na platformie Netflix.

Reklamy

Stanley

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: