google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: RAMBO: OSTATNIA KREW, czyli jak nie odchodzić na emeryturę

RECENZJA: RAMBO: OSTATNIA KREW, czyli jak nie odchodzić na emeryturę
Reklamy

John Rambo odchodzi w końcu na zasłużoną emeryturę. Pierwsza część serii to kawał świetnego kina akcji, kontynuowana jeszcze trzy razy. Od ostatniej, brutalnej, czwartej odsłony minęło ponad dziesięć lat i teraz, w 2019 jesteśmy świadkami jak Sylwester Stallone żegna się ze swoją ikoniczną postacią. Czy warto było czekać tyle czasu i czy weteran wojenny ma nadal dużo w sobie siły i energii, czy wręcz przeciwnie – dostaje zadyszki i potyka się o własne nogi? Niestety, nie jest to zwieńczenie historii, na które zasługiwał ten bohater.

Szedłem na film z pewną obawą, w Polsce praktycznie nie było głośno o tej produkcji, tak jakby twórcy wstydzili się go należycie promować. Sam się zdziwiłem, gdy okazało się, że już teraz jest premiera. W USA krytycy zjechali film niemożebnie, szczególnie na metacriticku, ale myślałem sobie, że ok, może nowy Rambo zbyt dużo sensu mieć nie będzie, ale za to dostanę konkretną rozpierduchę. Taką brutalną, pomysłową, gdzie trup ścieli się gęsto, a przeciwnicy tracą w efektowny sposób części ciała i hektolitry krwi. A w centrum tej jatki będzie stał niezniszczalny Sylwester Stallone. I owszem, prawie wszystko to zobaczyłem, ale zdecydowanie za późno i gdyby cały film wyglądał tak jak jego ostatnie 20 minut to bym był zachwycony. Eh… do zachwytów to mi bardzo daleko i tak – znowu będę narzekał. Zacznijmy jednak od początku.

Zniszczony przez życie John Rambo zaczął prowadzić kowbojski styl życia. Osiadł w Arizonie, gdzie ma swoje rancho i raz na jakiś czas pomoże mieszkańcom w ich problemach, typu uratowanie niewiasty przed falą opadów w górach (WTF?). Już ta początkowa scena wywołuje uśmiech politowania na twarzy. Po chwili dowiadujemy się, że na tej farmie żyje sobie ze swoją bratanicą Gabriellą i jej babcią. Weteran wojenny nie będzie miał łatwo, nie dość, że targany jest widmem wojennej przeszłości, to jeszcze niesforna dziewczyna postanawia odszukać swojego ojca…w Meksyku. A jak wiadomo Meksyk to straszne miejsce, pełne narkotyków, karteli, skorumpowanych policjantów i handlu żywym towarem. A przynajmniej tak twierdzi reżyser filmu, Adrian Grunberg, który najwidoczniej nie lubi tego kraju i mieszkańców, wrzucając ich do jednego wora stereotypów i nietolerancji. I jak łatwo się domyśleć, ojciec dziewczyny ma ją głęboko gdzieś, a splot wydarzeń sprawia, że piękna Gabriella trafia do obskurnego miejsca, gdzie miło czasu nie spędzi. Prostytucja, szprycowanie narkotykami, banda wkurwionych i morderczych gangusów. Idealne miejsce, w którym John Rambo musi zrobić porządek i uratować ukochaną bratanicę. Sylwester Stallone, który jest jednym ze scenarzystą zdecydowanie pozazdrościł Liamowi Neesonowi i postanowił stworzyć swoją wersję Uprowadzonej. Jednak jedyny wspólny mianownik tych filmów to pomysł.

Dawno nie widziałem filmu akcji, który tak bardzo cierpi na brak tempa i ślamazarność fabuły. Ekspozycja słowna jest przesadzona, a punkty fabularne źle nakreślone. Moment zwrotny dla motywacji bohatera pojawia się za późno, dosłownie w momencie, kiedy jesteśmy już znudzeni całym filmem i czekamy na jego koniec. Scenariusz jest totalnie pretekstowy i przewidywalny. A to nie jest tak, że ten gatunek nie ma już nic do powiedzenia, a wręcz przeciwnie. Żyjemy w czasach, w których kino akcji ponownie rozkwita, chociażby dzięki takim tytułom jak John Wick, Atomic Blone czy Mission Impossible. Na tle tych produkcji Rambo wygląda archaicznie, amatorsko i ponosi fiasko na każdym polu. Muzyka rodem z kijowych akcyjniaków lat ’80, chaotyczne sceny walk i dziwne zabiegi operatorskie, które niczemu nie służą. Film nas totalnie nie angażuje, wręcz usypia. Historia nie przekonuje, bohaterowie, a przede wszystkim antagoniści są płascy, a samemu Johnowi nawet nie potrafiłem kibicować. Wynika to też z tego, że doświadczony mężczyzna, nie znający litości popełnia tak głupie błędy, że aż zachodzę w głowę jakim cudem on jeszcze chodzi. Oczywiście, zdaje sobie sprawę z tego, że ma już swoje lata i nie będzie skakał po budynkach jak Tom Crusie, ale robienie z takiego bohatera dziadka, który z niczym sobie nie radzi po prostu nie przystoi.

Jedynie pod koniec zaczyna myśleć i przez chwilę Rambo: Ostatnia Krew przypomina dobrze skonstruowany film. Jest krwawo, pomysłowo, mężczyzna w fajny sposób wykorzystuje podziemne korytarze na swojej farmie. Trochę trąci to Kevinem samym w domu, ale pułapki są całkiem ciekawie zaprezentowane I wtedy czerpiemy fun z filmu, tylko szkoda, że ma to miejsce dopiero pod koniec. Serio, gdyby choć połowa tej produkcji miała taki pazur to możnaby było śmiało powiedzieć, że John Rambo odszedł jako legenda i na zawsze będzie w naszych sercach. Owszem, Sylwester Stallone naprawdę się stara, ale to zdecydowanie za mało, aby miło wspominać zwieńczenie historii. To film, który nie powinien powstać, i bardzo chciałbym wymazać go z pamięci. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. Niepokonanym. Niestety, ale Rambo nim nie jest, a film ląduje w rankingu najgorszych filmów roku.

Ponton 3/10

Marcin Ponton Gontarski

Fan kina i seriali. Krążą plotki, że wszystko co jest w odcinkach to obejrzy. Dementuje i po kryjomu ogląda, Zazwyczaj się przyznaje i o tym opowiada. Lubi gadać, nawet nagrywa i wrzuca w formie podcastu na YouTube. Przede wszystkim szuka kreatywności w świecie filmu i telewizji, czegoś nowego, co przyśpieszy bicie jego filmowego serca. W wolnych chwilach ogląda seriale, chodzi do kina i gra na PS4.

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: