Reklamy
google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: I-LAND, czyli LOST dla ubogich

RECENZJA: I-LAND, czyli LOST dla ubogich
Reklamy

Netflix ostatnimi czasami rozpieszczał nas jeśli chodzi o serialowe premiery. Wpierw zachwycił emocjonalnym Jak nas widzą, potem zaskoczył poważną wersją Borata w The Spy, a na dniach ukazał się świetnie oceniany miniserial Niewiarygodne. Zanim jednak wyrobię sobie własną opinię na temat ostatniego tytułu postanowiłem spróbować – wydawać by się mogło interesującego I-land. Po zwiastunach nie spodziewałem się niczego wybitnego, ani oryginalnego, ale liczyłem chociaż na porządną, niezobowiązującą rozrywkę. Gołym okiem widać, że Netflix próbował zrobić swoją wersję Lostów z domieszką reality show i Sci-fi. Jak to finalnie wyszło? Otóż, I-diotycznie i tragicznie. Tak złej, serialowej produkcji nie widziałem już dawno.

Serio, naprawdę mam w sobie coś z masochisty, skoro obejrzałem to wielkie dzieło do końca. Już po pierwszych, piętnastu minutach pierwszego odcinka zastanawiałem się co ja robię ze swoim życiem. Może po cichu liczyłem, że w kolejnych epizodach poziom się polepszy? Oj, jak bardzo byłem w błędzie. Zacznę jednak od początku, a mianowicie – o czym opowiada I-land ? Hmmm…serial opowiada o wyspie, co nie powinno być zaskoczeniem, zwracając uwagę na tytuł 🙂 Na owej wyspie w tajemniczych okolicznościach ląduje dziesięć osób. Ta garstka ludzi nic nie pamięta, nie wiedzą kim są, co tu robią i czy znają się nawzajem. Łączy ich jedno – podobne ubranie oraz to, że każdy z nich znajdował się od siebie na równo 39 kroków. No i skoro wszystkie dziewczyny są perfekcyjnie umalowane, a mężczyźni piękni i przystojni, to czas poszukać odpowiedzi, o co tu do cholery chodzi? Gra się rozpoczęła! I czego my tu nie mamy już na samym wstępie? Próba gwałtu, atak komputerowego rekina, pierwsze romanse, pierwsze kłótnie, i… pierwsze spojrzenie na efekt prac panów scenarzystów. A wygląda to tak, że scenarzysta forsę wziął, potem zaczął pić… Niedorzeczność sytuacji i zachowań bohaterów poraża swoją naiwnością. Budowanie relacji między bohaterami legło w gruzach już chyba na etapie budowania czołówki do serialu. Nie szukajcie tutaj żadnej logiki, bo jej nie znajdziecie. Nie czuje zupełnie klimatu tajemnicy: ot jest jakaś wyspa i chyba (ale też niekoniecznie, przecież życie na bezludnej wyspie jest takie cool) trzeba się z niej wydostać. A jakie będą jaja jak okaże się, że jest i druga! A jakie będzie zaskoczenie, gdy nasi bohaterowie nagle poznają tajemniczą dwójkę nowych osób! W sumie to żadne, podobnie jak widzowie, nasi rozbitkowie nie wczuwają się zupełnie w powagę sytuacji.

Łatwość oglądania byłaby zwiększona, gdyby chociaż aktorzy w minimalnym stopniu przyłożyli się do odgrywanych przez siebie ról. Każdy z nich zachowuje się jak drewniana kukła – szkoła czytania swoich kwestii z kartki została opanowana do perfekcji. Już nie mówiąc o bezsensownym zachowaniu bohaterów, to aktorstwo stoi na naprawdę beznadziejnym poziomie. I tak, nasz dzielna dziesiątka rozmawia ze sobą dużo, ale proporcjonalnie do ilości dialogów, ich zmiany decyzji są równie częste. Szkoda, że nie bardzo wiadomo, co ich do tego przekonuje. Sztuczność wylewa się z ekranu niczym fale oceanu i zatapia widza amatorszczyzną. Doprawdy, wysoki level żenady. Żadnemu z bohaterów nie kibicowałem, nie obchodziło mnie ich życie, kim są i dlaczego znaleźli się w takim położeniu. W pewnym momencie przyjdzie taka chwila, kiedy poprzez retrospekcje dowiemy się o nich dużo więcej, ale uwierzcie – zupełnie nie będzie to was interesowało. Sposób ich prezentacji jest nieudolny – kumulacja wątków i nieodpowiedni czas wprowadza jedynie chaos i nie zmienia naszego postrzegania postaci. W dalszym ciągu są to plastikowi, niecharyzmatyczni ludzie, spośród których wyróżnia się jedna kobieta – Chase (marnująca się Natalie Martinez) i jedynie jej historia może chociaż trochę zaciekawić.

Nie zapominajmy o pomysłodawcach całej afery. Gdzieś w okolicach trzeciego odcinka poznamy całą organizację, która za tym stoi. Nie pisałbym o tym, bo to dość konkretny spojler, ale twórcy zaznaczyli ten fakt już w zwiastunie, więc nie czuje się winny. I na tym polu twórcy ponieśli fiasko – cała wielka firma jest równie źle przedstawiona, co reszta serialu. Sztab głównodowodzących całym projektem to banda kretynów, która nie wie, co robi i po co. Nieco wyróżnia się kombinator, grany przez Stacy’ego Keacha, ale cała reszta odstawia słabiutki jak sik pająka kabaret. W tymże wielkim budynku będzie trochę biegania i bijatyk, a nawet jeden całkiem ciekawy zabieg operatorski! I to chyba jedyny pozytyw jaki mogę wyciągnąć z tej produkcji.

Jedno jednak muszę przyznać – twórcy faktycznie mieli jakiś pomysł – to w gruncie rzeczy połączenie Lostów z Eksperymentem, co wydaje się całkiem ciekawym połączeniem. I gdzieś czają się duże ambicje, aby pokazać schematy zachowań i spojrzeć wgłąb ludzkiej duszy. Szkoda tylko, że całość jest wykonana w tak tandetnym stylu, że nie zwracamy uwagi na dobre zamiary scenarzystów. Bohaterowie są sztuczni, tajemnica słaba, a brak profesjonalizmu kłuje w oczy w każdym odcinku. Czuć, że serial został wykonany na szybko, bez konkretnego planu, aby tylko uzupełnić ramówkę wielkiej platformy streamingowej. I dzięki temu przyznaje order dla „najgorszego serialu Netflixa”. Trzymać się z daleka.

Ponton 2/10

Reklamy

Marcin Ponton Gontarski

Fan kina i seriali. Krążą plotki, że wszystko co jest w odcinkach to obejrzy. Dementuje i po kryjomu ogląda, Zazwyczaj się przyznaje i o tym opowiada. Lubi gadać, nawet nagrywa i wrzuca w formie podcastu na YouTube. Przede wszystkim szuka kreatywności w świecie filmu i telewizji, czegoś nowego, co przyśpieszy bicie jego filmowego serca. W wolnych chwilach ogląda seriale, chodzi do kina i gra na PS4.

Dodaj komentarz

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: