Reklamy

RECENZJA: TOOL – Fear Inoculum, czyli czy warto było czekać tak przez 13 lat?

RECENZJA: TOOL – Fear Inoculum, czyli czy warto było czekać tak przez 13 lat?

Pisanie tego tekstu jest dla mnie swoistą pułapką. Nieraz przyłapałem się na gloryfikowaniu tego zespołu w rozmowach ze znajomymi snując w sumie gówno warte argumenty, że oto nie znając bądź ignorując ich twórczość popełnia się grzech śmiertelny. A nie daj Boże powiedzieć komuś, że się Toola nie lubi. Grupie, na czele której stoi Maynard James Keenan przypisuje się bowiem nadludzkie cechy, boskie moce, posiadanie tajemnej wiedzy na temat innych wymiarów. Umiejętności muzyków wzbudzają zachwyt, zdumienie i poniekąd pewną zazdrość, bo jak do cholery można być aż tak utalentowanymi? A jednak jeśli się głębiej zastanowić to takie Undertow było płytą mocno nieokrzesaną, dziką, Aenima wprowadziła nas w wymiar często dość irytujących przerywników, pojawiających się także na następnych albumach, a sam zespół zaczął budować wokół siebie aurę równie tajemniczą, co nie pozbawioną specyficznego poczucia humoru. Za opus magnum słusznie został uznany Lateralus, album kompletny, będący esencją metalu progresywnego ze wszystkimi jego zaletami i wadami. 10.000 Days ostatecznie jawi mi się jako krążek zupełnie inny od tamtego, jest w nim jakby więcej powietrza, wyciszenia, skondensowanego w dźwiękach smutku. A potem nastąpiła przerwa na lat 13, byśmy dziś mogli się poczęstować trwającym blisko półtorej godziny albumem Fear Inoculum. Albumem, którym grupa udowodniła kilka rzeczy, chociaż wcale nie musiała. 

Jest to album monstrualnych rozmiarów, na którym sześć na siedem konkretnych utworów trwa grubo powyżej 10 minut. Już sam ten fakt jest jakbym swoistym wynagrodzeniem nam wieloletniego oczekiwania na nowy album. Druga kwestia to oprawa graficzna albumu, cały ten sztafaż odróżniający zwykłe wydawnictwa od tych będącymi małymi dziełami sztuki. Dowcip polega jednak na tym, że album sam w sobie jest totalnie nieprzebojowy, zawartość Toola w Toolu wynosi dokładnie 100%, a cena krążka to grubo ponad trzy stówy. Maruderzy już zdążyli wytknąć Fear, że jest to książkowy przykład albumu Tool, stworzony dokładnie według tych samych proporcji co poprzednie, jednakże pozbawiony dynamiki i melodyjności wiekowych braciszków. Być może to właśnie będzie ten moment mojej recenzji podczas, której wpadnę w pułapkę zbudowaną z własnego snobizmu, ale napiszę to: posłuchajcie tego albumu uważnie. Nie traktujcie tego materiału jako taki, który można sobie swobodnie puścić zaraz po lekturze nowego Slipknota czy kontemplacji nowych dźwięków od Leprous. Najpewniej bowiem skumacie ten album na totalnym zapętleniu, nie dopuszczając do siebie innych muzycznych bodźców. Wiecie bowiem doskonale jak muzyczny świat zmienił się przez ostatnie 13 lat, macie więc świadomość, że są zespoły, które kompozycyjnie są w stanie Toolowi podskoczyć (The Ocean, Karnivool, Soen, wspomniany Leprous) a i są grupy, które techniczne wygibasy opanowały do perfekcji (R.I.P. Dillinger Escape Plan).

Tool zrobił więc to co planował od ładnych kilku lat. Po prostu nagrał album. Bez ścigania się z bardziej topowymi kolegami po fachu, bez zerkania na jakiekolwiek trendy. A do tego nagrał album trudny, zdecydowanie bardziej instrumentalny niż opierający się na eterycznym wokalu Maynarda. Jak to powiedział redaktor Amov, to jest bardzo progresywny album. Użyłbym zupełnie innego określenia, dla mnie ten krążek jest monolityczny, jest tym dla Toola czym Odyseja kosmiczna dla Kubricka. Z tym, że po wydaniu tego albumu Tool mógłby zakończyć działalność, bowiem Fear to swoista kropka nad i, gdzie usłyszeć można echa wszystkich albumów z, na moje ucho, największym naciskiem na Lateralus. Nie dziwią mnie komentarze torpedujące długaśne, często oparte o maniakalnie powtarzane motywy utwory. Słuchaczom być może wydaje się, że Tool chciał tym krążkiem przeskoczyć „wielkość” albumu najbardziej hołubionego przez krytykę i fanów.

Słuchaczom być może wydaje się też, że Tool zaczął kopiować swoje własne pomysły, a wrażenie to może potęgować zagęszczenie dźwięków i perkusyjne kombinowanie, którego ukoronowaniem jest pokręcone Chocolate Chip Trip. Danny Carey daje w każdym numerze popis wirtuozerii, to szalenie techniczny album, przez co może przy pierwszych odtworzeniach odrzucić, szczególnie jeśli już przy pierwszym kontakcie z krążkiem szuka się w nim przede wszystkim emocji. A emocje głównie kojarzą nam się przecież z głosem Maynarda, którego na Fear procentowo doświadczamy najmniej. Ciężko nie czuć się przytłoczonym, osaczonym przez dźwięki, kiedy utwory są właściwie mini-suitami, a wieńczący dzieło kwadrans muzyki zatytułowany 7empest to rzecz na miarę Third Eye.  Bardziej motoryczna od reszty albumu, nie pachnąca matematycznym wyrachowaniem, atakująca także w warstwie wokalnej. Dopiero tutaj Maynard odchodzi od ciepłej pefrektcyrklowej maniery, by trochę pokrzyczeć. Jest to jednocześnie ten najbardziej metalowy Tool, kiedy do głosu dochodzą gitary robi się wręcz… heavy metalowo? I wydaje mi się, że to 15 minut dopełniające album wystarczająco powinno usatysfakcjonować wszystkich, którym nie leżą stonowane acz piękne Invicible, Descending Culling Voices. Bowiem Pneumę można już spokojnie postawić obok wszelakich SchismówAenim czy Parabol, jest w tym ukryty singlowy potencjał. Grupa jednak, chyba trochę na przekór postawiła na utwór tytułowy, który, co tu dużo mówić znam już właściwie na pamięć i dalej uważam za bardzo dobry, wcale nie pełniący roli przydługiego intro.

Nie twierdzę buńczucznie, że do tego albumu trzeba dojrzeć, to rzecz zdecydowanie samoistnie rosnąca w człowieku, jeśli poświęci się jej dostatecznie dużo uwagi. Mówi się, że Fear to album nagrany na odpierdol, wyjałowiony z ciekawych pomysłów i tak się go będzie postrzegać jeśli się do niego nie przysiądzie i nie przyklei. Łatwo jest temu albumowi przykleić łatkę sklejki ogranych lata temu patentów, trudniej natomiast dać się porwać samej muzyce, to bowiem wymaga odcięcia się od pewnych znamiennych dla naszych czasów bodźców. Potraktujcie ten krążek jak wyzwanie, zapewniam Was, że na początku go jako całości zupełnie nie czułem, a teraz zaczynam rozumieć dokąd te dźwięki płyną, a kompozycję nie wydają mi się tak ogromniaste dla samego efektu gigantyzmu. Jasne, kiedy człowiek dojrzewa i zaczyna widzieć nieco więcej zespołów na krzyż niż tylko garstkę „swoich ulubionych” to Tool może się ostatecznie okazać wcale nie taki boski jak się o nim mówi. Za to jest paradoksalnie bardziej ludzki, mięsisty, krwisty, nie musi odkrywać Ameryki z każdym dźwiękiem, robili to już w 2001 roku, a nawet w 1996, czyż nie? Zgaś więc światło, załóż słuchawki, odpal ten krążek i odpłyń na blisko półtorej godziny, nie robiąc przy tym zupełnie nic, wyciszając przy tym myśli. A potem daj mi znać w komentarzu jak było.

10/10

Reklamy

Stanley

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: