google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: MINDHUNTER – SEZON 2, czyli jak wytropić seryjnego mordercę?

RECENZJA: MINDHUNTER – SEZON 2, czyli jak wytropić seryjnego mordercę?
Reklamy

Mindhunter z samego powierzchownego opisu nie wydaje się serialem skazanym na wielki sukces. Śledzimy poczynania agentów FBI, którzy pod koniec lat 70-tych zrewolucjonizowali metody badawcze pozwalające namierzyć i ująć seryjnych zabójców. Udając się do kolejnych więzień, przepytując „sławnych” morderców, spisując ich zeznania i wychwytując wskazówki dotyczące ich umysłów. Rzecz w tym, że za ten monotonny, przegadany serial wzięli się tacy twórcy jak David Fincher, który z czytania instrukcji obsługi pralki mógłby stworzyć gustowny dreszczowiec. 

W drugim sezonie znacznie więcej miejsca poświęcono życiu prywatnemu głównych bohaterów. Agent Ford popada w totalny pracoholizm, a do tego zaczyna przejawiać wręcz niezdrową fascynację pewnymi osobnikami (takimi jak Kemper). Agent Tench przechodzi poważny rodzinny kryzys (delikatnie mówiąc), a wiecznie spięta Wendy Carr próbuje ułożyć sobie życie u boku wyluzowanej kelnerki. Ich rozterki jednak nie przyćmiewają kolejnych etapów rozkwitu behawiorystyki, a kryminalna intryga dotycząca mordercy o pseudonimie BTK, ponownie opowiadana gdzieś na uboczu zyskuje na sile. Punktem centralnym drugiego sezonu są jednak tragiczne wydarzenia w Atlancie, gdzie poszukiwany jest seryjny zabójca dzieci. Twórcy bardzo zgrabnie lawirują między ukazywaniem prywatności bohaterów, a przenikającą się z nią pracą. Nie chcę tutaj niczego spojlerować, ale zwróćcie szczególnie uwagę na paralelę wydarzeń dziejących się w życiu Tencha, który coraz bardziej oddala się od rodziny przez zbyt angażujące śledztwo.

Jaka jest Ameryka końca lat 70-tych? Mroczna, nieprzyjazna, gdzie homoseksualizm jest traktowany jak dewiacja, a widmo Klu Klux Klanu wciąż majaczy na horyzoncie. Czarnoskórym mieszkańcom Atlanty trudno uwierzyć, że ktoś tego samego koloru skóry mógłby popełnić niewyobrażalne zbrodnie będące w centrum wydarzeń w tym sezonie. Wydaje mi się, że ten sezon jest odrobinę bardziej angażujący niż pierwszy, ponieważ mamy za sobą ekspozycję postaci, pojawia się „nasz stary znajomy” Kemper, a wisienką na torcie jest scena z udziałem Charlesa Mansona. Ten sezon jest zresztą podzielony na dwie wyraźne części, w pierwszej ponownie śledzimy przesłuchiwanie słynnych zabójców, w drugiej mozolne działania dotyczące sprawy mordercy dzieci w Atlancie, które dalekie jest od trzymającego za gardło thrillera. To co najbardziej przerażające jest nam podawane w małych dawkach, to co najgorsze musimy sobie po prostu wyobrazić.

Serial nie musi epatować przemocą, nie opiera się na pościgach i wymianie ognia, nie uświadczycie tutaj brudu znanego chociażby z Siedem i to jest paradoksalnie jego największym atutem. Taki był pierwszy sezon True Detective, choć unosiła się nad nim nadnaturalna aura. Dla mnie to dalej jest mocne 9/10, a niedosyt, który pozostaje po finałowym odcinku po prostu musi zostać nam wynagrodzony w sezonie trzecim. Podzielcie się w komentarzach swoimi odczuciami względem tego serialu i oczekujcie wkrótce recenzji trzeciego sezonu Trzynastu powodów!

Stanley

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: