google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0

RECENZJA: PEWNEGO RAZU… W HOLLYWOOD, czyli jak bardzo Tarantino kocha kino?

RECENZJA: PEWNEGO RAZU… W HOLLYWOOD, czyli jak bardzo Tarantino kocha kino?
Reklamy

Kim jest Quentin Tarantino? Zapewne odruchowo odpowiedzielibyście „reżyserem” nie mijając się rzecz jasna z prawdą. Następnie prawdopodobnie przyszłoby Wam do głowy scenopisarstwo i aktorstwo i tutaj też się oczywiście nie mylicie. Jeśli jednak to proste pytanie potraktować bardziej metaforycznie śmiało można by powiedzieć, że to znakomity żongler, sprytny złodziejaszek i chaotyczny perfekcjonista. Tarantino jak mało który twórca filmowej sztuki do perfekcji opanował opakowywanie banalnych historii w „sreberka najwyższej jakości”. W swojej twórczości składał już hołd kinu gangsterskiemu, sensacyjnemu, blacksploitation, exploitation, wojennemu, satyrze, klasycznemu oraz spaghetti westernowi. Once Upon A Time… In Hollywood wymyka się jednoznacznej klasyfikacji, a do tego ma dość luźną fabularną konstrukcję, gdzie fakty mieszają się z fikcją, realne cytaty z wymyślnymi gadaninami, a momentami ogląda się jakby film w filmie. Do tego jest to bodajże najzabawniejszy film w historii reżysera, któremu w tym sensie najbliżej chyba do przegiętych Bękartów wojny.

onceuponatime3.0

Jest rok 1969, Rick Dalton (DiCaprio) i Cliff Booth (Brad Pitt) żyją w dość ciekawej symbiozie: Booth jest kierowcą oraz kaskaderem filmowym Daltona, niegdyś dość wziętego aktora, który zostaje brutalnie sprowadzony na ziemię przez zmieniające się się mody i nastroje w Hollywood. Kariera Daltona chyli się ku upadkowi, aktorowi grozi wiekuiste wcielanie się w złoli, o których się szybko zapomina. W tym samym czasie do wypasionego domu wprowadza się Sharon Tate (Margot Robbie) oraz Roman Polański (Rafał Zawierucha), których kariera zdecydowanie rozkwita. Ekspozycja grupy zapatrzonych w Charlesa Mansona młokosów także następuje dość szybko, a obecność wiszącej w powietrzu masakry jest widzowi sugerowana wielokrotnie, zazwyczaj w subtelny sposób. Once… bowiem nie historią stoi, a klimatem i zabawą w odtwarzanie klimatu końcówki lat 60-tych. Z ekranu pada wiele elektryzujących nazwisk aktorów, reżyserów, twórców wszelakiej maści, którzy w tamtych czasach byli równe popularni co obecnie Pitt i DiCaprio. Jeśli dacie się uwieść niespiesznej narracji, przedłużającym się scenom, wtrącającym się w wydarzenia retrospekcjom to pod koniec oczywiście zostaniecie nagrodzeni akrobatyczną, krwawą rozpierduchą jakże charakterystyczną dla Quentina.

Jak wspomniałem film naszpikowany jest rewelacyjnymi scenami humorystycznymi, a aktorzy szaleją w swoich rolach. W sumie to nie wiem czyje przygody mi się lepiej oglądało, Leo i Brad odwalają kapitalną robotę zarówno we wspólnych scenach jak i tych osobistych, w grubo ciosany sposób pokazujących różnice w postrzeganiu przez nich upływającego czasu i życia. Chciałem też pogratulować znakomitej tresury przeuroczej psiny należącej do Bootha, sceny karmienia są przeurocze. Jestem święcie przekonany, że Tarantino realizując ten projekt cieszył się jak dziecko odhaczając ze swojej listy filmowych fantazji kolejne pozycje. Część scen to fikcyjne seriale, filmy, wywiady, które przenikają się z tym niepokojącym, słodkim wątkiem Sharon Tate. Once… wynudzi widzów, którzy wywracali oczami kiedy tylko wspominało się o Hateful Eight. Przez lwią część seansu jest to bowiem laurka dla utraconego nieodwracalnie Hollywoodu. Laurka na cześć minionych czasów, oldschoolowych aut, wystrzałowych imprez i pewnego rodzaju niewinności reprezentowanego przez postać Tate. Obecnie żyjemy w czasach remake’ów, rebootów, prequeli, sequeli, maniakalnego odgrzewania kotleta. Tarantino ożywia wspomnienia o latach świetności przemysłu filmowego w sposób bardzo przewrotny, świeży, choć paradoksalnie jest to dzieło ze wszystkimi tarantinowskimi znakami rozpoznawczymi: dialogi są jak zawsze wyborne, nawiązania do innych dzieł (także do własnej twórczości) bardzo wyraźne, muzyka robi robotę, a wizualnie jest po prostu palce lizać, to nie jest jakieś tam odtworzenie tamtejszego świata, to jest stworzenie jego alternatywnej wersji na własnych zasadach.

once-upon-a-time-in-hollywood-QT9_R_00061_r

Nie będę się bardziej rozpisywać, bowiem nie chcę Wam psuć zabawy, a temat tak czy siak jest dość grząski. Zaznaczę tylko, że scena z miotaczem ognia przejdzie do klasyki kina i to tyle w temacie, bo to 9/10 i chętnie obejrzę jeszcze raz, szczególnie, że zupełnie mi się nie dłużyło. Bierzcie i oglądajcie z tego wszyscy!

P.S. W filmie pojawia się Maya Hawke, córka Umy Thurman i Ethana Hawke, w bardzo ciekawej roli, Kurt Russel nie lubi kaskaderów. A to dopiero wierzchołek smaczków do wyłapania. I tylko smutno, że to właściwie ostatnia kreacja Luke’a Perry’ego.

 

Stanley

Leave a Reply

google.com, pub-1254610672375848, DIRECT, f08c47fec0942fa0
%d bloggers like this: